czwartek, 27 września 2012

hiszpańskie obowiązki


Ostatnie dni były dla mnie niezwykle pracowite. W niedzielę musiałam jechać na plażę. Opalanie się jest wbrew pozorom bardzo męczące, pewnie dlatego, że organizm koncentruje się na schładzaniu całej powierzchni ciała, a przynajmniej utrzymaniu temperatury na w miarę wyrównanym poziomie, a przy tak pięknej pogodzie, wcale się nie dziwię, że to dla niego nie lada wysiłek. Trochę spiekłam sobie ryjek, który zwykle skrzętnie ukrywam pod toną pudru i tym podobnych specyfików (niech żyje naturalne piękno, niech żyje!). Jak biedaczek zobaczył wreszcie światło dzienne, nie wytrzymał presji i ze wstydu aż poczerwieniał. Poza tym, zamiast poznawać nowe koleżanki i kolegów przeplotkowałam pół dnia z Alą.

W poniedziałek musiałam iść do szkoły. Jestem pełna podziwu dla erasmusów, którzy przyjechali tu ze znajomością hiszpańskiego porównywalną z moją znajomością łaciny. Kampus jest ogromny, ale za to pachnie lawendą, a spacerując po nim mam nadzieję spalić wszystkie zbędne kilogramy, które produkują tapasy.

A na dodatek, muszę się integrować z moimi nowymi współlokatorami. Jeden ma gitarę, drugi coś w stylu keyborda, i muszę ich pochwalić, bo nawet pozwalają mi korzystać ze swoich, że tak powiem, instrumentów, więc mam nadzieję, że stworzymy zespół zgrany, trompka, pompka i organy. Opuściły mnie dzisiaj Rzeszowianki, z którymi do tej pory mieszkałam, na pociechę zostawiły mi w spadku jedzenie i mnóstwo kosmetyków, głównie kremy do opalania, co na pewno zwiastuje poprawę pogody i kolejny wyjazd na plażę.

sobota, 22 września 2012

Granada bez Chambao


Pomimo odwołanego koncertu Chambao (oj tam, oj tam, co się odwlecze…), wyjazd do Granady muszę zaliczyć do bardzo udanych. Podsumowując - arabska noc i arabski dzień, pyszna herbata, koncert flamenco, udane zakupy (jestem właścicielką najpiękniejszych szarawarów świata!). Obowiązkowa wizyta w Alhambrze co prawda była nieco męcząca, ale warto było zobaczyć i przekonać się, że „quien no ha visto Granada, no ha visto nada” (dla mniej hiszpańskojęzycznych – w wolnym tłumaczeniu: kto nie widział Granady, ten tak właściwie nic nie widział) ;). Wczoraj wieczorem poszliśmy z Olgą i jej współlokatorami na miasto. Po wizycie w 3 tapasowych barach odważyłam się zapytać Peruwiańczyka Pabla, jak tam Machu Picchu… W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować Oldze za użyczenie mi kanapy, a nawet śpiworka i pełnienie roli mojego przewodnika po mieście :D A teraz siedzę w moim ulubionym barze (gdzie jest internet), ale nie mogę rozmawiać na skypie, bo leci jakiś film przyrodniczy o rekinach, i wszyscy są nim strasznie zainteresowani... Ale liczę na to, że jutro przyjedzie mój współlokator i podłączymy się do sieci, a wtedy będę dzwonić do wszystkich bez opamiętania :)

środa, 19 września 2012

na początek (przydługawo i nudno)


Pozazdrościłam dziewczętom pięknych blogów, i pomyślałam sobie – też chcę takiego ;) Minął już tydzień od mojego przyjazdu do Hiszpanii. Podróż minęła szybko, wszystkie stresy i sprawy mniej przyjemne zostawiłam w Polsce, po miłej drzemce znalazłam się w Maladze. Później udałam się pociągiem do Sewilli, a podczas tej uroczej podróży mogłam podziwiać prześliczne widoki - tutaj nawet stacje kolejowe w stylu naszej poczciwej Trzciany i rozpadające się chatki są piękne!

Nie rozumiem. Czy Hiszpania ma w jakimś ukrytym programie promocji kraju podstawionych ludzi, którzy zabiegają o dobre samopoczucie turystów? Na dzień dobry, bardzo miły pan, u którego kupowałam bilet, zachwycił się moją datą urodzin, a sympatyczny dziadzio, koło którego usiadłam w Mcsyfie, najpierw życzył mi smacznego (w takich miejscach normalni ludzie się do siebie nie odzywają, chyba że to ja trafiam zawsze na jakichś buców), a potem co chwilę się do mnie cieszył i podśpiewywał pod nosem jakieś sevillany, bulerie, czy inne flamenco (które na pewno niedługo nauczę się rozróżniać ;) – już trochę się wkręciłam, gdyż Ala oprowadziła mnie po muzeum flamenco, które bardzo mi przypadło do gustu).

Przez 2 dni balowałyśmy z Olguitą w Jerez, popijając (a jakże :P) jerez , słuchając flamenco i wywodów bardzo alternatywnego Alberto, który użyczył nam miejsca w swoim, podobnie jak on, alternatywnym mieszkaniu. Jeszcze nie zaczęłam zajęć, więc uniwersytetem interesuję się na razie mniej niż średnio, wiem tylko, że będę tam jeździć ze stacji metra Plaza de Cuba, co uznałam za wyraźny znak :D