Ostatnie dni były dla mnie niezwykle pracowite. W niedzielę
musiałam jechać na plażę. Opalanie się jest wbrew pozorom bardzo męczące, pewnie
dlatego, że organizm koncentruje się na schładzaniu całej powierzchni ciała, a
przynajmniej utrzymaniu temperatury na w miarę wyrównanym poziomie, a przy tak
pięknej pogodzie, wcale się nie dziwię, że to dla niego nie lada wysiłek. Trochę
spiekłam sobie ryjek, który zwykle skrzętnie ukrywam pod toną pudru i tym
podobnych specyfików (niech żyje naturalne piękno, niech żyje!). Jak biedaczek
zobaczył wreszcie światło dzienne, nie wytrzymał presji i ze wstydu aż
poczerwieniał. Poza tym, zamiast poznawać nowe koleżanki i kolegów
przeplotkowałam pół dnia z Alą.
W poniedziałek musiałam iść do szkoły. Jestem
pełna podziwu dla erasmusów, którzy przyjechali tu ze znajomością hiszpańskiego
porównywalną z moją znajomością łaciny. Kampus jest ogromny, ale za to pachnie lawendą, a spacerując po
nim mam nadzieję spalić wszystkie zbędne kilogramy, które produkują tapasy.
A na dodatek, muszę się integrować z moimi nowymi współlokatorami. Jeden ma gitarę, drugi coś w stylu keyborda, i muszę ich pochwalić, bo nawet pozwalają mi korzystać ze swoich, że tak powiem, instrumentów, więc
mam nadzieję, że stworzymy zespół zgrany, trompka, pompka i organy. Opuściły mnie dzisiaj Rzeszowianki, z którymi do tej pory mieszkałam, na pociechę zostawiły mi
w spadku jedzenie i mnóstwo kosmetyków, głównie kremy do opalania, co na pewno
zwiastuje poprawę pogody i kolejny wyjazd na plażę.