Pozazdrościłam dziewczętom pięknych blogów, i pomyślałam
sobie – też chcę takiego ;) Minął już tydzień od mojego przyjazdu do Hiszpanii.
Podróż minęła szybko, wszystkie stresy i sprawy mniej przyjemne
zostawiłam w Polsce, po miłej drzemce znalazłam się w Maladze. Później udałam się pociągiem
do Sewilli, a podczas tej uroczej podróży mogłam podziwiać prześliczne widoki - tutaj nawet stacje kolejowe w stylu naszej poczciwej Trzciany
i rozpadające się chatki są piękne!
Nie rozumiem. Czy Hiszpania ma w jakimś ukrytym programie promocji kraju podstawionych ludzi, którzy zabiegają o dobre samopoczucie turystów? Na dzień dobry, bardzo miły pan, u którego kupowałam bilet, zachwycił się moją datą urodzin, a sympatyczny dziadzio, koło którego usiadłam w Mcsyfie, najpierw życzył mi smacznego (w takich miejscach normalni ludzie się do siebie nie odzywają, chyba że to ja trafiam zawsze na jakichś buców), a potem co chwilę się do mnie cieszył i podśpiewywał pod nosem jakieś sevillany, bulerie, czy inne flamenco (które na pewno niedługo nauczę się rozróżniać ;) – już trochę się wkręciłam, gdyż Ala oprowadziła mnie po muzeum flamenco, które bardzo mi przypadło do gustu).
Przez 2 dni balowałyśmy z Olguitą w Jerez, popijając (a jakże :P) jerez , słuchając flamenco i wywodów bardzo alternatywnego Alberto, który użyczył nam miejsca w swoim, podobnie jak on, alternatywnym mieszkaniu. Jeszcze nie zaczęłam zajęć, więc uniwersytetem interesuję się na razie mniej niż średnio, wiem tylko, że będę tam jeździć ze stacji metra Plaza de Cuba, co uznałam za wyraźny znak :D
Nie rozumiem. Czy Hiszpania ma w jakimś ukrytym programie promocji kraju podstawionych ludzi, którzy zabiegają o dobre samopoczucie turystów? Na dzień dobry, bardzo miły pan, u którego kupowałam bilet, zachwycił się moją datą urodzin, a sympatyczny dziadzio, koło którego usiadłam w Mcsyfie, najpierw życzył mi smacznego (w takich miejscach normalni ludzie się do siebie nie odzywają, chyba że to ja trafiam zawsze na jakichś buców), a potem co chwilę się do mnie cieszył i podśpiewywał pod nosem jakieś sevillany, bulerie, czy inne flamenco (które na pewno niedługo nauczę się rozróżniać ;) – już trochę się wkręciłam, gdyż Ala oprowadziła mnie po muzeum flamenco, które bardzo mi przypadło do gustu).
Przez 2 dni balowałyśmy z Olguitą w Jerez, popijając (a jakże :P) jerez , słuchając flamenco i wywodów bardzo alternatywnego Alberto, który użyczył nam miejsca w swoim, podobnie jak on, alternatywnym mieszkaniu. Jeszcze nie zaczęłam zajęć, więc uniwersytetem interesuję się na razie mniej niż średnio, wiem tylko, że będę tam jeździć ze stacji metra Plaza de Cuba, co uznałam za wyraźny znak :D
Tego winopicia w Jerez to zazdroszczę niezmiernie :) Plaza de Cuba trzeba oznaczyć jako miejsce gdzie po prostu trzeba zatańczyć ruedkę:)
OdpowiedzUsuńCiekaw jestem czy w październiku również będą podstawieni mili ludzie, co mam zamiar wkrótce zweryfikować i pójść "Szlakiem bujanym Mary"
:*