wtorek, 23 października 2012

jesienna zaduma

Trzeba było kupić kozaki (każdy pretekst do kupienia nowej pary butów, nawet spadek temperatury o 3 stopnie, jest dobry) oraz ciepłą kołdrę (nie potrafię przezwyciężyć  tej różnicy kulturowej i nauczyć się spać pod toną prześcieradełek i kocy). Przy tej okazji zrozumiałam fenomen kleszcza. Dla niewtajemniczonych: „kleszcz” to rodzaj pozycji, jaką przyjmuję przez większą część mojego życia. Wzorowy kleszcz wygląda mniej więcej tak: siedzę  po turecku albo na piętach (tak jak się siadywało za dawnych czasów, w kółeczku :P), i przykrywam sobie plecy kołderką, i trochę się nią zawijam. Pozostała część kołdry formuje przez to coś na kształt odwłoku, który, jak powszechnie wiadomo, każdemu szanującemu się kleszczowi towarzyszy. Dobrze jest, jeśli kleszczowi towarzyszy herbata, w półlitrowym kubku rzecz jasna, paczka chipsów, popcorn z mikrofalówki albo coś słodkiego, laptop bądź książka (zdecydowanie milej, gdy nie są to żadne notatki), ewentualnie gazeta/katalog ikei/gazetka z lidla. Pozycję „na kleszcza” można uprawiać samemu, bądź w parach (wtedy to druga osoba siedzi na swoim łóżku i przyjmuje podobną pozę, w zażyłych relacjach można usiąść na jednym łóżku, jeśli nasze odwłoki się mieszczą, kryterium wyboru łóżka staje się zwykle widoczność ekranu przy oglądaniu filmu tudzież małego odcineczka Prisonka). 

A dlaczego prawda o kleszczu dotarła do mniej dopiero teraz? Otóż uświadomiłam sobie, że widząc tak blisko siebie łagodnie układające się fałdki pierzynki, człowiek po prostu nie jest w stanie oprzeć się pokusie zagrzania się, jeżeli nie jest mu aktualnie gorąco. A że w Polsce rzadko kiedy temperatura jest dla mnie satysfakcjonująca – potrzebę jej podwyższenia mam praktycznie zawsze. Tutaj – wraz z początkiem października dopiero ;) I od kiedy brutalnie odjechało ode mnie moje zapasowe 36,6. 

Z serii: ciekawostki. Dziś zdałam sobie sprawę z tego, że panowie żule, zamieszkujący sąsiednią ulicę, to Polacy. Dobrze mieć swoich na dzielni.

A to na osłodę jesiennych słot (jak byłam mała i śpiewał mi ją Kazimierz, w niektórych kręgach znany bardziej jako pan Kazio, bądź tata Marysi, najbardziej podobała mi się wizja staruszki, która macha obiema rękami):

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz