środa, 12 grudnia 2012

andaluzyjska zima

Jak już mam świadomość (a dzisiaj takową mam), że z niektórymi osobami już się przed moim wyjazdem nie zobaczę, to mi się wydaje, że to już zaraz! A jak to bywa przy takich pożegnaniach, były już nawet pierwsze świąteczne życzenia. W klimat jeszcze bardziej wprowadziło mnie spotkanie erasmusowe, gdzie po raz pierwszy w życiu zakosztowałam turrona (słodki był i migdałowy), było dużo ciach (takich prawdziwych, mniam, ale polvoronki niestety nie zachwyciły), kolędy (drodzy wykładowcy, przedświąteczne lekcje języków obcych nie idą w las!) i degustacja lokalnych alkoholi (tak, tak, na uczelni, pod czujnym okiem koordynatorki studentów zagranicznych, o godzinie 12:30).

Ostatnio (chyba z racji nadejścia zimy, albo może raczej w celu dobrego przygotowania się psychicznego i kondycyjnego do Świąt) do naszych zajęć flamenco został wprowadzony nowy element, który niezwykle przypadł mi do gustu, a mianowicie: banieczka anyżówki dla każdego, na rozgrzewkę i/lub w trakcie kilkuminutowej przerwy, na jaką, oczywiście tylko czasami, sobie pozwalamy. Prowodyrką całej akcji jest oczywiście profesora, która ochoczo wznosi toasty, a niechętne do picia przekonuje krótkim:  „No seeeas antipaaaatica…” z miną pod tytułem: „No weź nie bądź pipa!” (Refleksję nad rolą instruktorów tańca w moim życiu pozostawię może na inną okazję…)

Z każdego zakątka (wystawa sklepowa, supermarket, bar) wyglądają już szopki, a czasem czają się nawet wielbłądy (podejrzewam, że w ramach żywego inwentarza jednej z nich), majestatycznie pozujące, jakby tylko czekały na to, aż ktoś zrobi im zdjęcie. Nie sprawiłam im tej przyjemności, bo skoro wszystko mi się psuje, mojemu aparatowi też coś zaczyna nie pasować. A dziś na przystanku powitał mnie niejaki Michael Bublé! Co prawda bez wizji, ale dźwięk był bez zarzutu ;) Właściwie to wolę jak śpiewa, niż jak wygląda.



Czy był on strzelił swoim chórzystkom (1:08) vacunę?!

[Wyjaśnienie dla normalnych ludzi, którzy nie fascynują się jakimiś dzikimi tańcami z buszu: żeby w rumbie (kubańskiej-kubańskiej, nie towarzyskiej :P) było śmieszniej, chłopiec zalecający się do dziewczynki, ma taką strategię, że w najmniej spodziewanym przez nią momencie wykonuje gwałtowny ruch symbolizujący przejście do konkretu; a ona (cóż biedna robić maaa :P) się zakrywa, bo po co konkrety (które, jak wiadomo, mają konsekwencje), jak można sobie tylko poflirtować? Czyli, samo życie, jak widać. Ponieważ to tylko moja interpretacja, a nie wartościowa informacja kulturoznawcza, chciałam odesłać zainteresowanych do wikipedii, ale tam kłamstwa i głupoty wypisują. W związku z zaistniałą sytuacją, ostrzegam przed tym źródłem i liczę, że kiedyś jakaś mądrzejsza publikacja po polsku się w tej kwestii pojawi. Na moją magisterkę (gdzie może coś niecoś o tym wspomnę) nie liczcie, bo po pierwsze: pewnie pójdzie w kierunku bardziej literackim, niż sama bym tego chciała (więc nikomu się nie będzie chciało tego czytać), po drugie: na razie jej nie ma, a moja pani promotor uważa mój temat za oczywisty i prostacki, więc wszystko jest na dobrej drodze do jego modyfikacji, a po trzecie: nawet, jak będzie, to po hiszpańsku. No chyba że ktoś mi za tłumaczenie samej siebie dobrze zapłaci, to pomyślimy :D]

Mój pokojowy ogrzewacz patrzy na mnie tęsknym wzrokiem, i pewnie po cichu (bo odkąd zrobiło się cieplej jest cały czas wyłączony, więc nie szumi) pragnie dotyku moich dłoni. Obawiam się bardzo szoku termicznego, jakiego najprawdopodobniej doznam za tydzień, i najchętniej zabrałabym mojego przyjaciela ze sobą, ale boję się, że nie udźwignę tego brzemienia, a przy okazji ryanair uzna mnie za terrorystkę.

wtorek, 11 grudnia 2012

starcze refleksje

W całym tym zamieszaniu nie napisałam nic o wspaniałej wycieczce do Estepy. To taka mieścinka, znajdująca się jakąś godzinę drogi od Sewilli, gdzie ludzie nie robią nic innego, tylko świąteczne słodycze (podobno najlepsze w całej Hiszpanii, ja myślę jednak, że bardzo możliwe, że na całym świecie). Jako że właściciel jednej z tych wytwórni to znajomy naszego wykładowcy, mogliśmy sobie za darmo zwiedzić muzeum, i wejść tam, gdzie innym nie wolno (czyli na produkcję, zapach czekolady dosłownie uderza człowieka już przy samym wejściu, co powoduje natychmiastowy atak ślinotoku). Dokonałam zakupu polvorones (odkrycie roku, smak życia, tego się nie da opisać, to trzeba zjeść!) i kocich języczków (bardziej z sentymentu, nie jadłam ich chyba od czasów podstawówki), mając nadzieję, że coś zostanie na Święta, jednak, jak łatwo się domyślić, bardzo się przeliczyłam ;) Została mi tylko ozdobna, papierowa torba w aniołki, którą postawiłam na honorowym miejscu w pokoju, żeby nie zapomnieć kupić przed wyjazdem zapasu tychże słodkości.


W ogóle, w porównaniu do naszych różnych wyjść uniwersyteckich (do  biblioteki, instytutu Cervantesa, i chyba na tym byłby koniec), byłam zszokowana – nie dość, że wycieczka była w ramach zajęć, to jeszcze dostaliśmy zwolnienie z innego przedmiotu, wykładowca sam zaproponował, że może podwieźć część osób, nie wspominając już o samym miejscu… Naszła mnie przy tej okazji refleksja nad systemem edukacji (b. poważnie się tu zrobiło ostatnio :P). Na prawie każdych zajęciach oglądamy filmiki na youtubie, czasami jakiś dokument, większość lekcji jest na bazie prezentacji powerpoinotwej i wszystko to mamy do wglądu w naszej „aula virtual”, która mimo trochę przestarzałej szaty graficznej wcale nie jest taka zła (jak usos). Brzmi może trochę jakby to były jakieś zajęcia dla debili, którzy nie są przystosowani do życia studenckiego, robienia notatek, i samodzielnej pracy, ale jakimś cudem to działa. Większość wykładowców naprawdę się stara, żebyśmy cokolwiek zrozumieli, nie ma nauki na pamięć oderwanych od rzeczywistości definicji, coś takiego jak „wykład” praktycznie tutaj nie funkcjonuje, mimo że w programie jest podział na teorię i praktykę, zawsze wymagają od nas jakiejś formy zaangażowania. Z drugiej strony nie jest tak do końca „szkolnie”, bo żeby zrobić zadanie czy napisać pracę, to faktycznie trzeba się trochę postarać (i nie mówię tego z perspektywy erasmusa, który musi wysilić się, żeby napisać cokolwiek w miarę poprawnie w obcym języku :P), i z tego co widzę, to naprawdę ci ludzie szukają, czytają, pytają, chce im się. Nie to, żebym specjalnie narzekała na Uj, ale taka odmiana działa jak najbardziej pozytywnie. Może znowu mi się zachce studiować? ;)


Koniec wzniosłych tematów, pora zejść na ziemię. Zepsuła mi się karta do telefonu, i z tego też powodu nie mogę słuchać muzyczki. Na szczęście odkryłam sewilskie radio latino, i z rana mnie budzą programem „despertadorrr”, także poranki są trochę mniej bolesne. W metrze co prawda traci zasięg, ale za to… Na przystankach są kolędy! Wszystkie te wesołe flamencowe pioseneczki, wzruszające cichenoce i  takie trochę jazzujące ( jak z amerykańskich świątecznych filmów) adaptacje łajtkrismasów, i innch dżinglbelsów. Jak zapuszczą „La virgen gitana” to obiecuję, że zacznę tańczyć (tudzież, jak mawia Dziunia „tanczyć”).


A skoro już o tym mowa, to się chcę pożalić, że się zestarzałam i zastałam. Wczoraj na imprezie, po kilku kawałkach, złapała mnie kolka i nie mogłam się ruszyć. A po trzech piwach (normalnych, nie maleńkich hiszpańskich piweńkach na 2 łyki), na drugi dzień bolała mnie głowa. Gdzie te czasy całonocnych balang, po których miało się jeszcze ochotę na after, a następnego dnia mniej lub bardziej dziarskim krokiem szło się na zajęcia? Albo i się nie szło, ale w miarę normalnie się funkcjonowało… Starość, nie radość.

niedziela, 2 grudnia 2012

świątecznie i ciepło

Refleksja z okazji włączenia światełek na ulicach Sewilli. Muszę się do czegoś przyznać. Nie lubię tych Świąt (mogłabym napisać książkę o wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem). A tych konkretnie jeszcze bardziej niż zwykle. Jeżeli ktoś nie chce czytać moich wynurzeń i narzekań, może od razu przejść do kolejnego paragrafu :D Jest zimno (no nie, żeby u mnie, tylko tam, gdzie będę), i tak będzie przez najbliższe 3 miesiące, trzeba się cieszyć z brzydkich prezentów, odwiedzać kogo popadnie (i udawać, że jest pyszne jedzenie oczywiście), albo przyjmować radośnie „niespodziewane” wizyty, przeganiać fałszujących kolędników (a żeby tego było mało, to niektórym się nawet przebrać nie chce) i pić kompot z suszek. Są oczywiście dobre strony, czyli ładne prezenty, śpiewanie kolęd, wołanie wilczka do pośniczku (Word mi poprawił na „pomniczku”, haha), barszcz i ubieranie choinki, ale zawsze to jakoś ginie przy tym mękoleniu się i narzuconej „radości z bycia razem” (jakby to akurat wtedy było takie ważne, a przez resztę roku nie). A szkoda. Postanawiam sobie w tym roku przeboleć te złe strony, objeść się do porzygu (utęskniona za pierogami, bo z tutejszego białego sera nie wychodzą takie dobre), i cieszyć się z resztek Bożego Narodzenia, które pozostaną nieskalane usilnymi staraniami innych. Wszystkich, którzy dotarli do tego momentu przepraszam, tak się objawia mój syndrom napięcia przedświątecznego.

Pomimo świątecznej awersji, kupiłam sobie kalendarz adwentowy z czekoladkami milki. Wystarczyłoby mi nawet trochę mniej czekoladek, bo już 19 grudnia będę w Polsce, i póki co, to jest właśnie data, na którą mam ochotę czekać. Oznacza to, że przez 5 dni będę mogła jeść po 2 czekoladki :D Hohoho, na jutro wypada szafeczka na brodzie Mikołaja ;)

Zaliczyłam już nawet jedną świąteczną imprezę, mianowicie kolację organizowaną przez szkołę flamenco. Czy ja coś już o flamenco wspominałam? Chyba nie, a więc uwaga, zaczynam opowieść. Otóż, przekonana, że to co najmniej obciach być w Sewilli i nie zatańczyć sevillany, zapisałam się na kurs do pobliskiej szkoły (tak bardzo pobliskiej, że jak zajęcia są o 18 i wyjdę z domu o 18 to nie jestem spóźniona, niestety czasami zdarza mi się wyjść po 18, wtedy już się zaczyna rozgrzewka ;)). Okazało się, że to kurs bulerías (prawdopodobnie dlatego, że sevillanę wszyscy tu mają we krwi, i nikt by nie wpadł na to, żeby się jej uczyć :P), i zaczęli 2 tygodnie wcześniej, jednak instruktorka i właścicielka szkoły w jednym (co za kobieta… blondyna jaśniejsza ode mnie, niewinne niebieskie oczęta, kolorowy tatuaż - motylek na lędźwiach, a jak się ruszyyy… od razu widać, że rasowa andaluza, i z takim też mówi akcentem), zapewniła mnie, iż to żaden problem i szybko nadrobię… Na pierwszych trzech zajęciach czułam się jak mamut. Po lekcji wyrównawczej, dla podobnie jak ja spóźnialskich, poczułam się trochę lepiej. Teraz, po prawie dwóch miesiącach i czterech kieliszkach wina na kolacji (gdzie większość biesiadników chyba urodziła się z kastanietami w dłoniach) odważyłam się nawet trochę potańczyć. Po kolejnych kilku (kieliszkach, nie miesiącach ;)) poszliśmy na after do miejsca, gdzie tańce flamencopodobne tańczyli wszyscy, więc udawałam, że umiem tańczyć sevillanę, flamenco-rumbę i pewnie wiele innych, o których nie mam zielonego pojęcia. Chyba całkiem wiarygodnie, bo Hiszpanie stwierdzili, że mam „mucho arte”, czyli że mi wychodzi, co oczywiście uznałam za komplement.

Wczoraj wybraliśmy się z erasmusami na jedzenie w chińczyku, który okazał się zamknięty. Niezrażeni porażką planu A, wymyśliliśmy naprędce plan B, i zmieniliśmy lokal na bardzo amerykański i zamówiłam sobie pyszne skrzydełka z sosem serowym… Później zahaczyliśmy o budkę ze słodyczami, gdzie zakupiłam i zjadłam buñuelos (takie mini pączki z dziurką, troszkę podobne w smaku do churros, smażone na bieżąco :D) z sosem z białej czekolady. I nie przejęłam się tym w ogóle! Chyba dlatego, że nie mam w pobliżu babci, która zawsze obiektywnie spojrzy, i wypomina, jak mnie za dużo przybywa (nie żebym babunię demonizowała, nigdy bezpodstawnie nie krytykuje, ostatnio mnie raczej chwali). Za to mam współlokatora, który wyśmiewa moje narzekania i uważa, że jestem szczupła, a nawet, że z kilkoma kilogramami więcej byłabym ładniejsza. I częstuje mnie jakimiś pysznościami o 11 wieczorem… Grunt to mieć wsparcie. Witajcie boczki i zapasie tłuszczyku na zimę!

News dnia: kupiłam w lidlu mój prywatny pokojowy ogrzewacz, polecam każdemu, tylko podłączyć do prądu i ciepełko się robi od razu :) Do tego kręci się, i ma różne poziomy mocy!!! Bajer! Może rachunki za prąd się w tym miesiącu jakoś zgubią po drodze... ;)