niedziela, 2 grudnia 2012

świątecznie i ciepło

Refleksja z okazji włączenia światełek na ulicach Sewilli. Muszę się do czegoś przyznać. Nie lubię tych Świąt (mogłabym napisać książkę o wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem). A tych konkretnie jeszcze bardziej niż zwykle. Jeżeli ktoś nie chce czytać moich wynurzeń i narzekań, może od razu przejść do kolejnego paragrafu :D Jest zimno (no nie, żeby u mnie, tylko tam, gdzie będę), i tak będzie przez najbliższe 3 miesiące, trzeba się cieszyć z brzydkich prezentów, odwiedzać kogo popadnie (i udawać, że jest pyszne jedzenie oczywiście), albo przyjmować radośnie „niespodziewane” wizyty, przeganiać fałszujących kolędników (a żeby tego było mało, to niektórym się nawet przebrać nie chce) i pić kompot z suszek. Są oczywiście dobre strony, czyli ładne prezenty, śpiewanie kolęd, wołanie wilczka do pośniczku (Word mi poprawił na „pomniczku”, haha), barszcz i ubieranie choinki, ale zawsze to jakoś ginie przy tym mękoleniu się i narzuconej „radości z bycia razem” (jakby to akurat wtedy było takie ważne, a przez resztę roku nie). A szkoda. Postanawiam sobie w tym roku przeboleć te złe strony, objeść się do porzygu (utęskniona za pierogami, bo z tutejszego białego sera nie wychodzą takie dobre), i cieszyć się z resztek Bożego Narodzenia, które pozostaną nieskalane usilnymi staraniami innych. Wszystkich, którzy dotarli do tego momentu przepraszam, tak się objawia mój syndrom napięcia przedświątecznego.

Pomimo świątecznej awersji, kupiłam sobie kalendarz adwentowy z czekoladkami milki. Wystarczyłoby mi nawet trochę mniej czekoladek, bo już 19 grudnia będę w Polsce, i póki co, to jest właśnie data, na którą mam ochotę czekać. Oznacza to, że przez 5 dni będę mogła jeść po 2 czekoladki :D Hohoho, na jutro wypada szafeczka na brodzie Mikołaja ;)

Zaliczyłam już nawet jedną świąteczną imprezę, mianowicie kolację organizowaną przez szkołę flamenco. Czy ja coś już o flamenco wspominałam? Chyba nie, a więc uwaga, zaczynam opowieść. Otóż, przekonana, że to co najmniej obciach być w Sewilli i nie zatańczyć sevillany, zapisałam się na kurs do pobliskiej szkoły (tak bardzo pobliskiej, że jak zajęcia są o 18 i wyjdę z domu o 18 to nie jestem spóźniona, niestety czasami zdarza mi się wyjść po 18, wtedy już się zaczyna rozgrzewka ;)). Okazało się, że to kurs bulerías (prawdopodobnie dlatego, że sevillanę wszyscy tu mają we krwi, i nikt by nie wpadł na to, żeby się jej uczyć :P), i zaczęli 2 tygodnie wcześniej, jednak instruktorka i właścicielka szkoły w jednym (co za kobieta… blondyna jaśniejsza ode mnie, niewinne niebieskie oczęta, kolorowy tatuaż - motylek na lędźwiach, a jak się ruszyyy… od razu widać, że rasowa andaluza, i z takim też mówi akcentem), zapewniła mnie, iż to żaden problem i szybko nadrobię… Na pierwszych trzech zajęciach czułam się jak mamut. Po lekcji wyrównawczej, dla podobnie jak ja spóźnialskich, poczułam się trochę lepiej. Teraz, po prawie dwóch miesiącach i czterech kieliszkach wina na kolacji (gdzie większość biesiadników chyba urodziła się z kastanietami w dłoniach) odważyłam się nawet trochę potańczyć. Po kolejnych kilku (kieliszkach, nie miesiącach ;)) poszliśmy na after do miejsca, gdzie tańce flamencopodobne tańczyli wszyscy, więc udawałam, że umiem tańczyć sevillanę, flamenco-rumbę i pewnie wiele innych, o których nie mam zielonego pojęcia. Chyba całkiem wiarygodnie, bo Hiszpanie stwierdzili, że mam „mucho arte”, czyli że mi wychodzi, co oczywiście uznałam za komplement.

Wczoraj wybraliśmy się z erasmusami na jedzenie w chińczyku, który okazał się zamknięty. Niezrażeni porażką planu A, wymyśliliśmy naprędce plan B, i zmieniliśmy lokal na bardzo amerykański i zamówiłam sobie pyszne skrzydełka z sosem serowym… Później zahaczyliśmy o budkę ze słodyczami, gdzie zakupiłam i zjadłam buñuelos (takie mini pączki z dziurką, troszkę podobne w smaku do churros, smażone na bieżąco :D) z sosem z białej czekolady. I nie przejęłam się tym w ogóle! Chyba dlatego, że nie mam w pobliżu babci, która zawsze obiektywnie spojrzy, i wypomina, jak mnie za dużo przybywa (nie żebym babunię demonizowała, nigdy bezpodstawnie nie krytykuje, ostatnio mnie raczej chwali). Za to mam współlokatora, który wyśmiewa moje narzekania i uważa, że jestem szczupła, a nawet, że z kilkoma kilogramami więcej byłabym ładniejsza. I częstuje mnie jakimiś pysznościami o 11 wieczorem… Grunt to mieć wsparcie. Witajcie boczki i zapasie tłuszczyku na zimę!

News dnia: kupiłam w lidlu mój prywatny pokojowy ogrzewacz, polecam każdemu, tylko podłączyć do prądu i ciepełko się robi od razu :) Do tego kręci się, i ma różne poziomy mocy!!! Bajer! Może rachunki za prąd się w tym miesiącu jakoś zgubią po drodze... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz