Refleksja z okazji włączenia światełek na ulicach Sewilli. Muszę
się do czegoś przyznać. Nie lubię tych Świąt (mogłabym napisać książkę o
wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem). A tych konkretnie jeszcze bardziej
niż zwykle. Jeżeli ktoś nie chce czytać moich wynurzeń i narzekań, może od razu
przejść do kolejnego paragrafu :D Jest zimno (no nie, żeby u mnie, tylko tam,
gdzie będę), i tak będzie przez najbliższe 3 miesiące, trzeba się cieszyć z
brzydkich prezentów, odwiedzać kogo popadnie (i udawać, że jest pyszne jedzenie
oczywiście), albo przyjmować radośnie „niespodziewane” wizyty, przeganiać
fałszujących kolędników (a żeby tego było mało, to niektórym się nawet przebrać
nie chce) i pić kompot z suszek. Są oczywiście dobre strony, czyli ładne prezenty,
śpiewanie kolęd, wołanie wilczka do pośniczku (Word mi poprawił na „pomniczku”,
haha), barszcz i ubieranie choinki, ale zawsze to jakoś ginie przy tym mękoleniu
się i narzuconej „radości z bycia razem” (jakby to akurat wtedy było takie
ważne, a przez resztę roku nie). A szkoda. Postanawiam sobie w tym roku
przeboleć te złe strony, objeść się do porzygu (utęskniona za pierogami, bo z
tutejszego białego sera nie wychodzą takie dobre), i cieszyć się z resztek
Bożego Narodzenia, które pozostaną nieskalane usilnymi staraniami innych. Wszystkich,
którzy dotarli do tego momentu przepraszam, tak się objawia mój syndrom
napięcia przedświątecznego.
Pomimo świątecznej awersji, kupiłam sobie kalendarz
adwentowy z czekoladkami milki. Wystarczyłoby mi nawet trochę mniej czekoladek,
bo już 19 grudnia będę w Polsce, i póki co, to jest właśnie data, na którą mam
ochotę czekać. Oznacza to, że przez 5 dni będę mogła jeść po 2 czekoladki :D
Hohoho, na jutro wypada szafeczka na brodzie Mikołaja ;)
Zaliczyłam już nawet jedną świąteczną imprezę, mianowicie
kolację organizowaną przez szkołę flamenco. Czy ja coś już o flamenco
wspominałam? Chyba nie, a więc uwaga, zaczynam opowieść. Otóż, przekonana, że
to co najmniej obciach być w Sewilli i nie zatańczyć sevillany, zapisałam się
na kurs do pobliskiej szkoły (tak bardzo pobliskiej, że jak zajęcia są o 18 i
wyjdę z domu o 18 to nie jestem spóźniona, niestety czasami zdarza mi się wyjść
po 18, wtedy już się zaczyna rozgrzewka ;)). Okazało się, że to kurs bulerías (prawdopodobnie
dlatego, że sevillanę wszyscy tu mają we krwi, i nikt by nie wpadł na to, żeby
się jej uczyć :P), i zaczęli 2 tygodnie wcześniej, jednak instruktorka i
właścicielka szkoły w jednym (co za kobieta… blondyna jaśniejsza ode mnie, niewinne
niebieskie oczęta, kolorowy tatuaż - motylek na lędźwiach, a jak się ruszyyy… od
razu widać, że rasowa andaluza, i z takim też mówi akcentem), zapewniła mnie,
iż to żaden problem i szybko nadrobię… Na pierwszych trzech zajęciach czułam
się jak mamut. Po lekcji wyrównawczej, dla podobnie jak ja spóźnialskich, poczułam
się trochę lepiej. Teraz, po prawie dwóch miesiącach i czterech kieliszkach
wina na kolacji (gdzie większość biesiadników chyba urodziła się z kastanietami
w dłoniach) odważyłam się nawet trochę potańczyć. Po kolejnych kilku (kieliszkach,
nie miesiącach ;)) poszliśmy na after do miejsca, gdzie tańce flamencopodobne tańczyli
wszyscy, więc udawałam, że umiem tańczyć sevillanę, flamenco-rumbę i pewnie
wiele innych, o których nie mam zielonego pojęcia. Chyba całkiem wiarygodnie,
bo Hiszpanie stwierdzili, że mam „mucho arte”, czyli że mi wychodzi, co oczywiście
uznałam za komplement.
Wczoraj wybraliśmy się z erasmusami na jedzenie w
chińczyku, który okazał się zamknięty. Niezrażeni porażką planu A, wymyśliliśmy
naprędce plan B, i zmieniliśmy lokal na bardzo amerykański i zamówiłam sobie pyszne
skrzydełka z sosem serowym… Później zahaczyliśmy o budkę ze słodyczami, gdzie
zakupiłam i zjadłam buñuelos (takie mini pączki z dziurką, troszkę podobne w
smaku do churros, smażone na bieżąco :D) z sosem z białej czekolady. I nie przejęłam
się tym w ogóle! Chyba dlatego, że nie mam w pobliżu babci, która zawsze
obiektywnie spojrzy, i wypomina, jak mnie za dużo przybywa (nie żebym babunię
demonizowała, nigdy bezpodstawnie nie krytykuje, ostatnio mnie raczej chwali).
Za to mam współlokatora, który wyśmiewa moje narzekania i uważa, że jestem
szczupła, a nawet, że z kilkoma kilogramami więcej byłabym ładniejsza. I
częstuje mnie jakimiś pysznościami o 11 wieczorem… Grunt to mieć wsparcie. Witajcie
boczki i zapasie tłuszczyku na zimę!
News dnia: kupiłam w lidlu mój prywatny pokojowy ogrzewacz, polecam każdemu, tylko podłączyć do prądu i ciepełko się robi od razu :) Do tego kręci się, i ma różne poziomy mocy!!! Bajer! Może rachunki za prąd się w tym miesiącu jakoś zgubią po drodze... ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz