środa, 23 stycznia 2013

goście i wycieczka

Wielki to skandal, zrobić tak jak Ula (znana także jako Miś Polarny) i Zuza (przydałoby się jakieś zgrabne pseudo, ale nie mam na tyle weny), czyli przyjechać do Sewilli i zobaczyć tylko deszcz, wiatr, i ani trochę słońca (którego promyki, moim skromnym zdaniem, powinny być pakowane do osobnych pudełeczek, i stać się głównym produktem eksportowym Andaluzji). Mimo zupełnie średnich warunków pogodowych dziewczyny całkiem dały radę i zwiedziły, co trzeba. Spędziłyśmy uroczy wieczór w romantycznej knajpce przy calle Betis, popijając jedni maleńkie piweńko, a drudzy sangrię o smaku kompotu. Uświadomiłyśmy też Zuzę w kwestii Dirty Dancing 2 (trochę jej zazdrościłam, że jeszcze tego nie obejrzała, ale z moim złym uczuciem wygrała chęć wypełnienia mojej życiowej misji, jaką jest propagowanie tego może niezbyt inteligentnego, ale jakże bliskiego memu sercu obrazu). Muszę nas pochwalić, bo będąc na Placu Hiszpańskim, odśpiewałyśmy bardzo ładnie temat z Gwiezdnych Wojen. Nie jestem dumna, że nie skosztowałyśmy lodów o smaku sera koziego. Może innym razem.

Jako że nie chciałam się z moimi gośćmi tak szybko się rozstawać, a włączył mi się tryb turystyczny (przecież każdy to powie, że lepiej jechać na wycieczkę, niż się uczyć) wybrałam się w sobotę na wycieczkę do Kordoby. Oczywiście zwiedziłyśmy ogromny meczet (czyli mezkitałkę), gdzie pan strażnik zepsuł nam słit focie w wizji Uli, która już usadziła Zuzę i mnie na podłodze, kiedy podszedł wyżej wymieniony i skarcił nas, kazał wstać i powiedział, że tak nie wolno (ale dalej nie ogarniam dlaczego). Na obiedzie miałyśmy ubaw z nieogarniętego kelnera w bokserkach z Angry Birdsów, który najpierw podał Uli  pokrojonego pomidora (który krył się oczywiście pod jakąś wymyślną nazwą), a następnie, na jej wyraźną prośbę o podanie soli, wręczył jej pustą solniczkę. Poszłyśmy także do starych łaźni, gdzie mogłyśmy posłuchać nagrania (bo wiadomo, tam się takie rzeczy działy, że musiał być podsłuch) namiętnej rozmowy Alfonsa któregoś tam z jego kochanką. Mimo okrutnej pizgawicy panującej w mieście, wypad był bardzo udany.

Nie będę pisać już o tym, jak bardzo mi się nie chce, tylko zaraz po wrzuceniu notki, idę się uczyć. Raz, dwa, trzy! A może jest coś nowego na yafudzie…

czwartek, 17 stycznia 2013

przedsesja



Stało się dokładnie tak, jak przewidywałam. Syndrom przedsesyjny działa w Hiszpanii ze zdwojoną siłą. Moje prace i nauka do egzaminu leżą i kwiczą, a ja: oglądam Gwiezdne Wojny, czytam jakiś magazyn psychologiczny (który kupiłam licząc na to, że znajdę tam jakieś mobilizujące porady), jem (to w sumie powinno być na pierwszym miejscu, ale nie chciałam wyjść na żarłoka), obserwuję jak fajnie wiatr rusza roletami, zastanawiam się, jak najdogodniej przenieść egzamin w Polsce na sesję poprawkową, myślę sobie z kim się muszę pożegnać przed wyjazdem, ustalam grafik spotkań powitalnych, oglądam stare zdjęcia na kompie, wyglądam przez okno, żeby sprawdzić dojrzałość pomarańczy. Wiewiór patrzy na mnie z politowaniem i nadal, z właściwą sobie pasją, ściska orzeszka.

wtorek, 15 stycznia 2013

różne słodziaki

Dzisiaj (lub jak mawiają niektórzy: dzisiej) jest dobry dzień. Chodzę sobie ścieszona jak norka, bo wstałam na zajęcia, na których okazało się, że mam ponad tydzień więcej na oddanie czterech prac z przedmiotu o wdzięcznej nazwie:  historia i kultura Ameryki Łacińskiej, z których oczywiście nie mam jeszcze ani jednej. Mój ulubiony profesor wysłuchał naszej propozycji nie do odrzucenia, i zgodził się na ostateczną datę w postaci 1 lutego, a później ze stoickim spokojem stwierdził, że i tak na pewno znajdzie się ktoś, kto odda po tym terminie. Słodziak.

Przez dwa dni po powrocie z Polski nienawidziłam świata, byłam zła na siebie, że w ogóle wracałam na te 3 tygodnie, chora i zmęczona, przez większość czasu rozmyślając nad bezsensem Erasmusa, o tym, jak to fajnie być ze starymi znajomymi w Krakowie, jeszcze starszymi w Rzeszowie, i mieć wokół siebie, najczęściej na wyciągnięcie ręki, ewentualnie w odległości kilku przystanków, wszystkie te cudowne istoty, których nie ma tu. Chciałam ich trochę upchnąć do walizki, ale miałam tylko bagaż podręczny. Poza tym, jak wiadomo z czarnych historii, przewożenie ludzi w luku bagażowym może mieć swoje konsekwencje, więc po przemyśleniu sprawy, zrezygnowałam z tego innowacyjnego pomysłu (wczoraj widziałam planszówkę z czarnych historii, więc z niecierpliwością oczekuję wersji polskiej).

Później zaczęłam na powrót kochać Hiszpanię, ponieważ odwiedził mnie niejaki Patison, więc zajmując się moim zacnym gościem, nie miałam czasu na moje beznadziejne rozkminy, aż w końcu spojrzałam na moją Sevi świeższym okiem. Poza tym rozpogodziło się i znowu można było wygrzewać kości na słońcu. Bardzo owocnie spędziłyśmy czas spacerując po mieście, przegryzając tapasiki, maczając churros, robiąc zakupy i zawyżając średnią krajową w oglądaniu głupot na jutjubie, leniuchując pod kocykami (należy podkreślić, że jeden z nich był z Corte Inglés, co pozostawiło mnie w głębokim szoku, ponieważ właściciel mojego mieszkania jest największym skąpcem jakiego znam).  Jakby ktoś chciał zobaczyć coś ładnego i zachwycić się pięknem otaczającego świata, to polecam zobaczyć Real Alcázar (albo bardziej po polsku, jak podaje wiki, Alkazar w Sewilli). Oprócz wrażeń estetycznych, czekały tam na nas również możliwości konsumpcyjne, w postaci niezwykle estetycznego w porównaniu z innymi tego typu przybytkami, sklepu z pamiątkami, gdzie zakupiłam kieliszek z bardzo arabskim i pięknym ornamentem (kto wymyśla skład sklepów z pamiątkami? zastanawia mnie to prawie tak bardzo, jak pytanie, kto utwierdził Tomasza Niecika w przekonaniu, że powinien zostać piosenkarzem…).

Pod wpływem różowego wina i zapewne szału dyskusji, w jaki wpadliśmy pewnego wieczoru, oskarżyłam mojego współlokatora o bycie macho ibérico (co właściwie, moim zdaniem nie jest szczególnie obraźliwe, po prostu zwykłe stwierdzenie faktu, a niektórych to by jeszcze pewnie ucieszyło), na co bardzo się obruszył. Po tym incydencie, oraz rozmowie z moją niemiecką koleżanką, doszłyśmy do wniosku, że Hiszpanie, mimo że niby są tacy luzaccy i nieprzejmujący się byle czym, są nieco przewrażliwieni na swoim punkcie. Perez natomiast skomentowała, że pewnie chciał uchodzić za wrażliwego i troskliwego misia, a ja zburzyłam mu jego wizję samego siebie. Tak czy inaczej, bardzo mnie to ubawiło, prawie na równi z wyczynem Patrycji, która przedstawiając się niejakiemu Gonzalowi, zapytała, czy jest może Gonzalem de Berceo, czyli hiszpańskim poetą z głębokiego średniowiecza, który wyglądał mniej więcej tak:


Skoro pojawiają się tutaj takie słit focie, to chyba wystarczający znak, że czas już iść spać. Wielkie joł oraz pozdro 600 dla wszystkich cierpliwych czytelników!

środa, 12 grudnia 2012

andaluzyjska zima

Jak już mam świadomość (a dzisiaj takową mam), że z niektórymi osobami już się przed moim wyjazdem nie zobaczę, to mi się wydaje, że to już zaraz! A jak to bywa przy takich pożegnaniach, były już nawet pierwsze świąteczne życzenia. W klimat jeszcze bardziej wprowadziło mnie spotkanie erasmusowe, gdzie po raz pierwszy w życiu zakosztowałam turrona (słodki był i migdałowy), było dużo ciach (takich prawdziwych, mniam, ale polvoronki niestety nie zachwyciły), kolędy (drodzy wykładowcy, przedświąteczne lekcje języków obcych nie idą w las!) i degustacja lokalnych alkoholi (tak, tak, na uczelni, pod czujnym okiem koordynatorki studentów zagranicznych, o godzinie 12:30).

Ostatnio (chyba z racji nadejścia zimy, albo może raczej w celu dobrego przygotowania się psychicznego i kondycyjnego do Świąt) do naszych zajęć flamenco został wprowadzony nowy element, który niezwykle przypadł mi do gustu, a mianowicie: banieczka anyżówki dla każdego, na rozgrzewkę i/lub w trakcie kilkuminutowej przerwy, na jaką, oczywiście tylko czasami, sobie pozwalamy. Prowodyrką całej akcji jest oczywiście profesora, która ochoczo wznosi toasty, a niechętne do picia przekonuje krótkim:  „No seeeas antipaaaatica…” z miną pod tytułem: „No weź nie bądź pipa!” (Refleksję nad rolą instruktorów tańca w moim życiu pozostawię może na inną okazję…)

Z każdego zakątka (wystawa sklepowa, supermarket, bar) wyglądają już szopki, a czasem czają się nawet wielbłądy (podejrzewam, że w ramach żywego inwentarza jednej z nich), majestatycznie pozujące, jakby tylko czekały na to, aż ktoś zrobi im zdjęcie. Nie sprawiłam im tej przyjemności, bo skoro wszystko mi się psuje, mojemu aparatowi też coś zaczyna nie pasować. A dziś na przystanku powitał mnie niejaki Michael Bublé! Co prawda bez wizji, ale dźwięk był bez zarzutu ;) Właściwie to wolę jak śpiewa, niż jak wygląda.



Czy był on strzelił swoim chórzystkom (1:08) vacunę?!

[Wyjaśnienie dla normalnych ludzi, którzy nie fascynują się jakimiś dzikimi tańcami z buszu: żeby w rumbie (kubańskiej-kubańskiej, nie towarzyskiej :P) było śmieszniej, chłopiec zalecający się do dziewczynki, ma taką strategię, że w najmniej spodziewanym przez nią momencie wykonuje gwałtowny ruch symbolizujący przejście do konkretu; a ona (cóż biedna robić maaa :P) się zakrywa, bo po co konkrety (które, jak wiadomo, mają konsekwencje), jak można sobie tylko poflirtować? Czyli, samo życie, jak widać. Ponieważ to tylko moja interpretacja, a nie wartościowa informacja kulturoznawcza, chciałam odesłać zainteresowanych do wikipedii, ale tam kłamstwa i głupoty wypisują. W związku z zaistniałą sytuacją, ostrzegam przed tym źródłem i liczę, że kiedyś jakaś mądrzejsza publikacja po polsku się w tej kwestii pojawi. Na moją magisterkę (gdzie może coś niecoś o tym wspomnę) nie liczcie, bo po pierwsze: pewnie pójdzie w kierunku bardziej literackim, niż sama bym tego chciała (więc nikomu się nie będzie chciało tego czytać), po drugie: na razie jej nie ma, a moja pani promotor uważa mój temat za oczywisty i prostacki, więc wszystko jest na dobrej drodze do jego modyfikacji, a po trzecie: nawet, jak będzie, to po hiszpańsku. No chyba że ktoś mi za tłumaczenie samej siebie dobrze zapłaci, to pomyślimy :D]

Mój pokojowy ogrzewacz patrzy na mnie tęsknym wzrokiem, i pewnie po cichu (bo odkąd zrobiło się cieplej jest cały czas wyłączony, więc nie szumi) pragnie dotyku moich dłoni. Obawiam się bardzo szoku termicznego, jakiego najprawdopodobniej doznam za tydzień, i najchętniej zabrałabym mojego przyjaciela ze sobą, ale boję się, że nie udźwignę tego brzemienia, a przy okazji ryanair uzna mnie za terrorystkę.

wtorek, 11 grudnia 2012

starcze refleksje

W całym tym zamieszaniu nie napisałam nic o wspaniałej wycieczce do Estepy. To taka mieścinka, znajdująca się jakąś godzinę drogi od Sewilli, gdzie ludzie nie robią nic innego, tylko świąteczne słodycze (podobno najlepsze w całej Hiszpanii, ja myślę jednak, że bardzo możliwe, że na całym świecie). Jako że właściciel jednej z tych wytwórni to znajomy naszego wykładowcy, mogliśmy sobie za darmo zwiedzić muzeum, i wejść tam, gdzie innym nie wolno (czyli na produkcję, zapach czekolady dosłownie uderza człowieka już przy samym wejściu, co powoduje natychmiastowy atak ślinotoku). Dokonałam zakupu polvorones (odkrycie roku, smak życia, tego się nie da opisać, to trzeba zjeść!) i kocich języczków (bardziej z sentymentu, nie jadłam ich chyba od czasów podstawówki), mając nadzieję, że coś zostanie na Święta, jednak, jak łatwo się domyślić, bardzo się przeliczyłam ;) Została mi tylko ozdobna, papierowa torba w aniołki, którą postawiłam na honorowym miejscu w pokoju, żeby nie zapomnieć kupić przed wyjazdem zapasu tychże słodkości.


W ogóle, w porównaniu do naszych różnych wyjść uniwersyteckich (do  biblioteki, instytutu Cervantesa, i chyba na tym byłby koniec), byłam zszokowana – nie dość, że wycieczka była w ramach zajęć, to jeszcze dostaliśmy zwolnienie z innego przedmiotu, wykładowca sam zaproponował, że może podwieźć część osób, nie wspominając już o samym miejscu… Naszła mnie przy tej okazji refleksja nad systemem edukacji (b. poważnie się tu zrobiło ostatnio :P). Na prawie każdych zajęciach oglądamy filmiki na youtubie, czasami jakiś dokument, większość lekcji jest na bazie prezentacji powerpoinotwej i wszystko to mamy do wglądu w naszej „aula virtual”, która mimo trochę przestarzałej szaty graficznej wcale nie jest taka zła (jak usos). Brzmi może trochę jakby to były jakieś zajęcia dla debili, którzy nie są przystosowani do życia studenckiego, robienia notatek, i samodzielnej pracy, ale jakimś cudem to działa. Większość wykładowców naprawdę się stara, żebyśmy cokolwiek zrozumieli, nie ma nauki na pamięć oderwanych od rzeczywistości definicji, coś takiego jak „wykład” praktycznie tutaj nie funkcjonuje, mimo że w programie jest podział na teorię i praktykę, zawsze wymagają od nas jakiejś formy zaangażowania. Z drugiej strony nie jest tak do końca „szkolnie”, bo żeby zrobić zadanie czy napisać pracę, to faktycznie trzeba się trochę postarać (i nie mówię tego z perspektywy erasmusa, który musi wysilić się, żeby napisać cokolwiek w miarę poprawnie w obcym języku :P), i z tego co widzę, to naprawdę ci ludzie szukają, czytają, pytają, chce im się. Nie to, żebym specjalnie narzekała na Uj, ale taka odmiana działa jak najbardziej pozytywnie. Może znowu mi się zachce studiować? ;)


Koniec wzniosłych tematów, pora zejść na ziemię. Zepsuła mi się karta do telefonu, i z tego też powodu nie mogę słuchać muzyczki. Na szczęście odkryłam sewilskie radio latino, i z rana mnie budzą programem „despertadorrr”, także poranki są trochę mniej bolesne. W metrze co prawda traci zasięg, ale za to… Na przystankach są kolędy! Wszystkie te wesołe flamencowe pioseneczki, wzruszające cichenoce i  takie trochę jazzujące ( jak z amerykańskich świątecznych filmów) adaptacje łajtkrismasów, i innch dżinglbelsów. Jak zapuszczą „La virgen gitana” to obiecuję, że zacznę tańczyć (tudzież, jak mawia Dziunia „tanczyć”).


A skoro już o tym mowa, to się chcę pożalić, że się zestarzałam i zastałam. Wczoraj na imprezie, po kilku kawałkach, złapała mnie kolka i nie mogłam się ruszyć. A po trzech piwach (normalnych, nie maleńkich hiszpańskich piweńkach na 2 łyki), na drugi dzień bolała mnie głowa. Gdzie te czasy całonocnych balang, po których miało się jeszcze ochotę na after, a następnego dnia mniej lub bardziej dziarskim krokiem szło się na zajęcia? Albo i się nie szło, ale w miarę normalnie się funkcjonowało… Starość, nie radość.