Stało się dokładnie tak, jak przewidywałam. Syndrom
przedsesyjny działa w Hiszpanii ze zdwojoną siłą. Moje prace i nauka do
egzaminu leżą i kwiczą, a ja: oglądam Gwiezdne Wojny, czytam jakiś magazyn
psychologiczny (który kupiłam licząc na to, że znajdę tam jakieś mobilizujące
porady), jem (to w sumie powinno być na pierwszym miejscu, ale nie chciałam
wyjść na żarłoka), obserwuję jak fajnie wiatr rusza roletami, zastanawiam się,
jak najdogodniej przenieść egzamin w Polsce na sesję poprawkową, myślę sobie z kim
się muszę pożegnać przed wyjazdem, ustalam grafik spotkań powitalnych, oglądam
stare zdjęcia na kompie, wyglądam przez okno, żeby sprawdzić dojrzałość
pomarańczy. Wiewiór patrzy na mnie z politowaniem i nadal, z właściwą sobie pasją,
ściska orzeszka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz