Dzisiaj (lub jak mawiają niektórzy: dzisiej) jest dobry dzień. Chodzę sobie ścieszona jak norka,
bo wstałam na zajęcia, na których okazało się, że mam ponad tydzień więcej na
oddanie czterech prac z przedmiotu o wdzięcznej nazwie: historia i kultura Ameryki Łacińskiej, z których
oczywiście nie mam jeszcze ani jednej. Mój ulubiony profesor wysłuchał naszej
propozycji nie do odrzucenia, i zgodził się na ostateczną datę w postaci 1 lutego,
a później ze stoickim spokojem stwierdził, że i tak na pewno znajdzie się ktoś,
kto odda po tym terminie. Słodziak.
Przez dwa dni po powrocie z Polski nienawidziłam świata,
byłam zła na siebie, że w ogóle wracałam na te 3 tygodnie, chora i zmęczona, przez
większość czasu rozmyślając nad bezsensem Erasmusa, o tym, jak to fajnie być ze
starymi znajomymi w Krakowie, jeszcze starszymi w Rzeszowie, i mieć wokół
siebie, najczęściej na wyciągnięcie ręki, ewentualnie w odległości kilku
przystanków, wszystkie te cudowne istoty, których nie ma tu. Chciałam ich
trochę upchnąć do walizki, ale miałam tylko bagaż podręczny. Poza tym, jak
wiadomo z czarnych historii, przewożenie ludzi w luku bagażowym może mieć swoje
konsekwencje, więc po przemyśleniu sprawy, zrezygnowałam z tego innowacyjnego
pomysłu (wczoraj widziałam planszówkę z czarnych historii, więc z
niecierpliwością oczekuję wersji polskiej).
Później zaczęłam na powrót kochać Hiszpanię, ponieważ
odwiedził mnie niejaki Patison, więc zajmując się moim zacnym gościem, nie miałam czasu na moje beznadziejne
rozkminy, aż w końcu spojrzałam na moją Sevi świeższym okiem. Poza tym rozpogodziło się i znowu można było wygrzewać kości na słońcu. Bardzo owocnie spędziłyśmy
czas spacerując po mieście, przegryzając tapasiki, maczając churros, robiąc zakupy i zawyżając
średnią krajową w oglądaniu głupot na jutjubie, leniuchując pod kocykami
(należy podkreślić, że jeden z nich był z Corte Inglés, co pozostawiło mnie w
głębokim szoku, ponieważ właściciel mojego mieszkania jest największym skąpcem
jakiego znam). Jakby ktoś chciał
zobaczyć coś ładnego i zachwycić się pięknem otaczającego świata, to polecam
zobaczyć Real Alcázar (albo bardziej po polsku, jak podaje wiki, Alkazar w
Sewilli). Oprócz wrażeń estetycznych, czekały tam na nas również możliwości konsumpcyjne, w postaci niezwykle estetycznego w porównaniu z innymi tego typu przybytkami, sklepu z pamiątkami, gdzie zakupiłam kieliszek z bardzo arabskim i
pięknym ornamentem (kto wymyśla skład sklepów z pamiątkami?
zastanawia mnie to prawie tak bardzo, jak pytanie, kto utwierdził Tomasza Niecika w przekonaniu, że powinien zostać piosenkarzem…).
Pod wpływem różowego wina i zapewne szału dyskusji, w jaki wpadliśmy pewnego wieczoru, oskarżyłam mojego współlokatora o bycie macho ibérico (co właściwie, moim zdaniem nie jest szczególnie
obraźliwe, po prostu zwykłe stwierdzenie faktu, a niektórych to by jeszcze
pewnie ucieszyło), na co bardzo się obruszył. Po tym incydencie, oraz rozmowie
z moją niemiecką koleżanką, doszłyśmy do wniosku, że Hiszpanie, mimo że niby są
tacy luzaccy i nieprzejmujący się byle czym, są nieco przewrażliwieni na swoim
punkcie. Perez natomiast skomentowała, że pewnie chciał uchodzić za wrażliwego i
troskliwego misia, a ja zburzyłam mu jego wizję samego siebie. Tak czy inaczej,
bardzo mnie to ubawiło, prawie na równi z wyczynem Patrycji, która
przedstawiając się niejakiemu Gonzalowi, zapytała, czy jest może Gonzalem de Berceo,
czyli hiszpańskim poetą z głębokiego średniowiecza, który wyglądał mniej więcej
tak:
Skoro pojawiają się tutaj takie słit focie, to chyba wystarczający znak, że czas już iść spać. Wielkie joł oraz pozdro 600 dla wszystkich cierpliwych czytelników!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz