wtorek, 15 stycznia 2013

różne słodziaki

Dzisiaj (lub jak mawiają niektórzy: dzisiej) jest dobry dzień. Chodzę sobie ścieszona jak norka, bo wstałam na zajęcia, na których okazało się, że mam ponad tydzień więcej na oddanie czterech prac z przedmiotu o wdzięcznej nazwie:  historia i kultura Ameryki Łacińskiej, z których oczywiście nie mam jeszcze ani jednej. Mój ulubiony profesor wysłuchał naszej propozycji nie do odrzucenia, i zgodził się na ostateczną datę w postaci 1 lutego, a później ze stoickim spokojem stwierdził, że i tak na pewno znajdzie się ktoś, kto odda po tym terminie. Słodziak.

Przez dwa dni po powrocie z Polski nienawidziłam świata, byłam zła na siebie, że w ogóle wracałam na te 3 tygodnie, chora i zmęczona, przez większość czasu rozmyślając nad bezsensem Erasmusa, o tym, jak to fajnie być ze starymi znajomymi w Krakowie, jeszcze starszymi w Rzeszowie, i mieć wokół siebie, najczęściej na wyciągnięcie ręki, ewentualnie w odległości kilku przystanków, wszystkie te cudowne istoty, których nie ma tu. Chciałam ich trochę upchnąć do walizki, ale miałam tylko bagaż podręczny. Poza tym, jak wiadomo z czarnych historii, przewożenie ludzi w luku bagażowym może mieć swoje konsekwencje, więc po przemyśleniu sprawy, zrezygnowałam z tego innowacyjnego pomysłu (wczoraj widziałam planszówkę z czarnych historii, więc z niecierpliwością oczekuję wersji polskiej).

Później zaczęłam na powrót kochać Hiszpanię, ponieważ odwiedził mnie niejaki Patison, więc zajmując się moim zacnym gościem, nie miałam czasu na moje beznadziejne rozkminy, aż w końcu spojrzałam na moją Sevi świeższym okiem. Poza tym rozpogodziło się i znowu można było wygrzewać kości na słońcu. Bardzo owocnie spędziłyśmy czas spacerując po mieście, przegryzając tapasiki, maczając churros, robiąc zakupy i zawyżając średnią krajową w oglądaniu głupot na jutjubie, leniuchując pod kocykami (należy podkreślić, że jeden z nich był z Corte Inglés, co pozostawiło mnie w głębokim szoku, ponieważ właściciel mojego mieszkania jest największym skąpcem jakiego znam).  Jakby ktoś chciał zobaczyć coś ładnego i zachwycić się pięknem otaczającego świata, to polecam zobaczyć Real Alcázar (albo bardziej po polsku, jak podaje wiki, Alkazar w Sewilli). Oprócz wrażeń estetycznych, czekały tam na nas również możliwości konsumpcyjne, w postaci niezwykle estetycznego w porównaniu z innymi tego typu przybytkami, sklepu z pamiątkami, gdzie zakupiłam kieliszek z bardzo arabskim i pięknym ornamentem (kto wymyśla skład sklepów z pamiątkami? zastanawia mnie to prawie tak bardzo, jak pytanie, kto utwierdził Tomasza Niecika w przekonaniu, że powinien zostać piosenkarzem…).

Pod wpływem różowego wina i zapewne szału dyskusji, w jaki wpadliśmy pewnego wieczoru, oskarżyłam mojego współlokatora o bycie macho ibérico (co właściwie, moim zdaniem nie jest szczególnie obraźliwe, po prostu zwykłe stwierdzenie faktu, a niektórych to by jeszcze pewnie ucieszyło), na co bardzo się obruszył. Po tym incydencie, oraz rozmowie z moją niemiecką koleżanką, doszłyśmy do wniosku, że Hiszpanie, mimo że niby są tacy luzaccy i nieprzejmujący się byle czym, są nieco przewrażliwieni na swoim punkcie. Perez natomiast skomentowała, że pewnie chciał uchodzić za wrażliwego i troskliwego misia, a ja zburzyłam mu jego wizję samego siebie. Tak czy inaczej, bardzo mnie to ubawiło, prawie na równi z wyczynem Patrycji, która przedstawiając się niejakiemu Gonzalowi, zapytała, czy jest może Gonzalem de Berceo, czyli hiszpańskim poetą z głębokiego średniowiecza, który wyglądał mniej więcej tak:


Skoro pojawiają się tutaj takie słit focie, to chyba wystarczający znak, że czas już iść spać. Wielkie joł oraz pozdro 600 dla wszystkich cierpliwych czytelników!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz