Pomimo odwołanego koncertu Chambao (oj tam, oj tam, co się
odwlecze…), wyjazd do Granady muszę zaliczyć do bardzo udanych. Podsumowując -
arabska noc i arabski dzień, pyszna herbata, koncert flamenco, udane zakupy (jestem właścicielką najpiękniejszych
szarawarów świata!). Obowiązkowa wizyta w Alhambrze co prawda była nieco
męcząca, ale warto było zobaczyć i przekonać się, że „quien no ha visto
Granada, no ha visto nada” (dla mniej hiszpańskojęzycznych – w wolnym
tłumaczeniu: kto nie widział Granady, ten tak właściwie nic nie widział) ;).
Wczoraj wieczorem poszliśmy z Olgą i jej współlokatorami na miasto. Po wizycie
w 3 tapasowych barach odważyłam się zapytać Peruwiańczyka Pabla, jak tam Machu
Picchu… W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować Oldze za użyczenie mi
kanapy, a nawet śpiworka i pełnienie roli mojego przewodnika po mieście :D A teraz siedzę w moim ulubionym barze (gdzie jest internet), ale nie mogę rozmawiać na skypie, bo leci jakiś film przyrodniczy o rekinach, i wszyscy są nim strasznie zainteresowani... Ale liczę na to, że jutro przyjedzie mój współlokator i podłączymy się do sieci, a wtedy będę dzwonić do wszystkich bez opamiętania :)
Ola, masz wolny śpiworek? ach, jak dobrze wiedzieć:D // tu w porto też wolna kanapa (ok, bez śpiworka:( ), tak tylko przypominam;))
OdpowiedzUsuńdrzwi do mego mieszkania są dla was otwarte, a śpiwór rozsunięty. w listopadzie, jako że robi się chłodniej, postaram się nawet o śpiwór puchowy :] Mery, jak ty się wyedukujesz w tym barze!
OdpowiedzUsuńPiszę się na kanapę, może być bez śpiworka :D Nooo, moja edukacja w barze postępuje, barman mnie już zaczyna swatać (no ale ja jestem grzeczna, więc nie korzystam, choć przyznaję, to bardzo miłe) ;)
OdpowiedzUsuń