sobota, 22 września 2012

Granada bez Chambao


Pomimo odwołanego koncertu Chambao (oj tam, oj tam, co się odwlecze…), wyjazd do Granady muszę zaliczyć do bardzo udanych. Podsumowując - arabska noc i arabski dzień, pyszna herbata, koncert flamenco, udane zakupy (jestem właścicielką najpiękniejszych szarawarów świata!). Obowiązkowa wizyta w Alhambrze co prawda była nieco męcząca, ale warto było zobaczyć i przekonać się, że „quien no ha visto Granada, no ha visto nada” (dla mniej hiszpańskojęzycznych – w wolnym tłumaczeniu: kto nie widział Granady, ten tak właściwie nic nie widział) ;). Wczoraj wieczorem poszliśmy z Olgą i jej współlokatorami na miasto. Po wizycie w 3 tapasowych barach odważyłam się zapytać Peruwiańczyka Pabla, jak tam Machu Picchu… W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować Oldze za użyczenie mi kanapy, a nawet śpiworka i pełnienie roli mojego przewodnika po mieście :D A teraz siedzę w moim ulubionym barze (gdzie jest internet), ale nie mogę rozmawiać na skypie, bo leci jakiś film przyrodniczy o rekinach, i wszyscy są nim strasznie zainteresowani... Ale liczę na to, że jutro przyjedzie mój współlokator i podłączymy się do sieci, a wtedy będę dzwonić do wszystkich bez opamiętania :)

3 komentarze:

  1. Ola, masz wolny śpiworek? ach, jak dobrze wiedzieć:D // tu w porto też wolna kanapa (ok, bez śpiworka:( ), tak tylko przypominam;))

    OdpowiedzUsuń
  2. drzwi do mego mieszkania są dla was otwarte, a śpiwór rozsunięty. w listopadzie, jako że robi się chłodniej, postaram się nawet o śpiwór puchowy :] Mery, jak ty się wyedukujesz w tym barze!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszę się na kanapę, może być bez śpiworka :D Nooo, moja edukacja w barze postępuje, barman mnie już zaczyna swatać (no ale ja jestem grzeczna, więc nie korzystam, choć przyznaję, to bardzo miłe) ;)

    OdpowiedzUsuń