Skuszona uśmiechającym się do mnie zza okna słońcem („słońce
się do nas uśmiecha, a my zasłoniliśmy się roletami…”), postanowiłam zjeść
dzisiaj śniadanie w jakimś miłym miejscu. Idąc sobie deptakiem, natrafiłam na niewielką
kawiarenkę i postanowiłam, że skorzystam z jednego z pysznych ciasteczek, które,
podobnie jak słońce, uśmiechały się do mnie, zza szklanej witryny.
Nie będę mówić, jaka piękna jest pogoda, bo nie o to
przecież chodzi, żebyście mi zazdrościli, podczas gdy w Polsce zima i śnieży (chciałabym w tym miejscu pochwalić wszystkich, którzy piszą o pogodzie na fejsbuku, mimo że są bezczelnie wyśmiewani i skazywani na miano osób, które nie mają nic lepszego do powiedzenia, to oni pozwalają mi się zorientować, gdzie już pada, a gdzie jeszcze nie, bo prognozom pogody nie ufam). Opowiem za to o dziwnym zjawisku, które dane mi było dziś zobaczyć i usłyszeć.
Otóż na ulicy, w pobliżu miejsca gdzie, jak mówi mój dziadek, śniadałam,
przygrywał najdziwniejszy zespół świata: kobietka z mikrofonem (trochę chyba
źle ustawionym i trzeszczącym, ale nie będę się czepiać szczegółów), której akompaniował
multiinstrumentalista, przez większą część czasu zajmujący się próbami
wydobycia dźwięku z keyboarda, umieszczonego na wózku, jakiego nie powstydziłby się żaden porządny złomiarz.
Brzmieli trochę jak wykonawcy disco polo albo zespół weselny, czyli bardzo
swojskie klimaty.
Wszystko było w miarę w porządku, dopóki mężczyzna nie
zaintonował piosenki z "Titanica". Oczywiście wokalistka wtórowała mu, bardzo
dramatycznie, i, a jakże, po hiszpańsku (Caaaada noche sueño, contigo,
contiiiigo :D). Niedługo później przyszedł czas na jeszcze bardziej dramatyczny
moment solówki, i wtedy bohater dnia wykonał ją, zawodząc na trąbce, którą
wyciągnął z wcześniej wspomnianego, stylowego wózka. Myślałam, że nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Wtedy jednak, nastąpiło zakończenie – ku mojemu zdziwieniu
– w postaci chamskiego akordu durowego (to znaczy: na wesoło), głośniejszego niż cała
reszta piosenki, nagle i bez uprzedzenia. Sprawdziłam później oczywiście, na
wszelki wypadek, jak brzmi oryginał. Co prawda, też kończy się „na wesoło”, ale
z jakimś przyzwoitym wyciszeniem i chyba nieco bardziej subtelnie… Pan keybordzista chciał zapewne podkreślić
(tak sobie to przynajmniej interpretuję), że wszystko kończy się dobrze i dać słuchaczom
nadzieję na lepsze jutro, niczym mój ulubiony organista z cmentarza Batowice (który
w ten sposób kończył większość pieśni pogrzebowych). To się dopiero nazywa
optymizm!