niedziela, 28 października 2012

zespół zgrany...

Skuszona uśmiechającym się do mnie zza okna słońcem („słońce się do nas uśmiecha, a my zasłoniliśmy się roletami…”), postanowiłam zjeść dzisiaj śniadanie w jakimś miłym miejscu. Idąc sobie deptakiem, natrafiłam na niewielką kawiarenkę i postanowiłam, że skorzystam z jednego z pysznych ciasteczek, które, podobnie jak słońce, uśmiechały się do mnie, zza szklanej witryny.

Nie będę mówić, jaka piękna jest pogoda, bo nie o to przecież chodzi, żebyście mi zazdrościli, podczas gdy w Polsce zima i śnieży (chciałabym w tym miejscu pochwalić wszystkich, którzy piszą o pogodzie na fejsbuku, mimo że są bezczelnie wyśmiewani i skazywani na miano osób, które nie mają nic lepszego do powiedzenia, to oni pozwalają mi się zorientować, gdzie już pada, a gdzie jeszcze nie, bo prognozom pogody nie ufam). Opowiem za to o dziwnym zjawisku, które dane mi było dziś zobaczyć i usłyszeć. Otóż na ulicy, w pobliżu miejsca gdzie, jak mówi mój dziadek, śniadałam, przygrywał najdziwniejszy zespół świata: kobietka z mikrofonem (trochę chyba źle ustawionym i trzeszczącym, ale nie będę  się czepiać szczegółów), której akompaniował multiinstrumentalista, przez większą część czasu zajmujący się próbami wydobycia dźwięku z keyboarda, umieszczonego na wózku, jakiego nie powstydziłby się żaden porządny złomiarz. Brzmieli trochę jak wykonawcy disco polo albo zespół weselny, czyli bardzo swojskie klimaty. 

Wszystko było w miarę w porządku, dopóki mężczyzna nie zaintonował piosenki z "Titanica". Oczywiście wokalistka wtórowała mu, bardzo dramatycznie, i, a jakże, po hiszpańsku (Caaaada noche sueño, contigo, contiiiigo :D). Niedługo później przyszedł czas na jeszcze bardziej dramatyczny moment solówki, i wtedy bohater dnia wykonał ją, zawodząc na trąbce, którą wyciągnął z wcześniej wspomnianego, stylowego wózka. Myślałam, że nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Wtedy jednak, nastąpiło zakończenie – ku mojemu zdziwieniu – w postaci chamskiego akordu durowego  (to znaczy: na wesoło), głośniejszego niż cała reszta piosenki, nagle i bez uprzedzenia. Sprawdziłam później oczywiście, na wszelki wypadek, jak brzmi oryginał. Co prawda, też kończy się „na wesoło”, ale z jakimś przyzwoitym wyciszeniem i chyba nieco bardziej subtelnie…  Pan keybordzista chciał zapewne podkreślić (tak sobie to przynajmniej interpretuję), że wszystko kończy się dobrze i dać słuchaczom nadzieję na lepsze jutro, niczym mój ulubiony organista z cmentarza Batowice (który w ten sposób kończył większość pieśni pogrzebowych). To się dopiero nazywa optymizm!

wtorek, 23 października 2012

jesienna zaduma

Trzeba było kupić kozaki (każdy pretekst do kupienia nowej pary butów, nawet spadek temperatury o 3 stopnie, jest dobry) oraz ciepłą kołdrę (nie potrafię przezwyciężyć  tej różnicy kulturowej i nauczyć się spać pod toną prześcieradełek i kocy). Przy tej okazji zrozumiałam fenomen kleszcza. Dla niewtajemniczonych: „kleszcz” to rodzaj pozycji, jaką przyjmuję przez większą część mojego życia. Wzorowy kleszcz wygląda mniej więcej tak: siedzę  po turecku albo na piętach (tak jak się siadywało za dawnych czasów, w kółeczku :P), i przykrywam sobie plecy kołderką, i trochę się nią zawijam. Pozostała część kołdry formuje przez to coś na kształt odwłoku, który, jak powszechnie wiadomo, każdemu szanującemu się kleszczowi towarzyszy. Dobrze jest, jeśli kleszczowi towarzyszy herbata, w półlitrowym kubku rzecz jasna, paczka chipsów, popcorn z mikrofalówki albo coś słodkiego, laptop bądź książka (zdecydowanie milej, gdy nie są to żadne notatki), ewentualnie gazeta/katalog ikei/gazetka z lidla. Pozycję „na kleszcza” można uprawiać samemu, bądź w parach (wtedy to druga osoba siedzi na swoim łóżku i przyjmuje podobną pozę, w zażyłych relacjach można usiąść na jednym łóżku, jeśli nasze odwłoki się mieszczą, kryterium wyboru łóżka staje się zwykle widoczność ekranu przy oglądaniu filmu tudzież małego odcineczka Prisonka). 

A dlaczego prawda o kleszczu dotarła do mniej dopiero teraz? Otóż uświadomiłam sobie, że widząc tak blisko siebie łagodnie układające się fałdki pierzynki, człowiek po prostu nie jest w stanie oprzeć się pokusie zagrzania się, jeżeli nie jest mu aktualnie gorąco. A że w Polsce rzadko kiedy temperatura jest dla mnie satysfakcjonująca – potrzebę jej podwyższenia mam praktycznie zawsze. Tutaj – wraz z początkiem października dopiero ;) I od kiedy brutalnie odjechało ode mnie moje zapasowe 36,6. 

Z serii: ciekawostki. Dziś zdałam sobie sprawę z tego, że panowie żule, zamieszkujący sąsiednią ulicę, to Polacy. Dobrze mieć swoich na dzielni.

A to na osłodę jesiennych słot (jak byłam mała i śpiewał mi ją Kazimierz, w niektórych kręgach znany bardziej jako pan Kazio, bądź tata Marysi, najbardziej podobała mi się wizja staruszki, która macha obiema rękami):

wtorek, 16 października 2012

Malaga, tiki taki i kasztanki


Ostatni tydzień obfitował w różne ciekawe wydarzenia. Po raz pierwszy od początku roku uciekłam z zajęć (hurrraaaa, hurrraaa, pierwsze hiszpańskie wagary!!!). Nie przeszło to oczywiście bez echa – pierwszym pytaniem, jakie usłyszałam wczoraj od profesora na zajęciach było: Maria, jak tam wyjazd? :P  Podkablowały mnie, niedobre Hiszpany! Bo oczywiście musiałam się pochwalić, że zamiast na uczelnię, jadę do Malagi. Znalazłam tam takiego zagubionego chłopca z Polski, który mnie poprosił, żebym mu pokazała, oczywiście, trochę Hiszpanii.  Zaliczyliśmy (:D) wszystkie punkty obowiązkowe w Maladze – to jest: Alcazabę, Gibralfaro, muzeum Picassa, muzeum wina i brzydką plażę Malaguetę (nie wiem, czy jest taka brzydka zawsze, czy tylko na mój przyjazd – chyba to przez ostatnie powodzie, w morzu brodziły sobie jakieś resztki palm i innych miejscowych drzewek, przez co kąpiel była nieco utrudniona, a już na pewno niezbyt przyjemna). I jak mogłabym zapomnieć – muzeum muzyki! Polecam bardzo, można sobie wypróbować wiele instrumentów, wszystkiego dotknąć, i poszerzyć swoje muzyczne, i nie tylko, horyzonty. I jak przystało na Malagę, jedliśmy kasztanki (takie prawdziwe, prażone :D) 


Na tym nie poprzestaliśmy, gdyż po powrocie do Sewilli mój zapał turystyczny nie osłabł, i musiałam wyciągnąć towarzyszącego mi śpiocha na dalszy ciąg zwiedzania. I tak też dotarliśmy do potężnej katedry z domniemanymi zwłoczynami Krzysia Kolumba; Giraldy, gdzie dzielnie pokonałam na piechotę 35 pięter; sewilskiego miradora (nie mylić z paradorem, to uwaga głównie do Olguity :P) położonego na śmiesznym, plastikowym grzybie zwanym Metropol Parasol albo Seta (czyli grzyb) (komu to przyszło do głowy, żeby zrobić takiego grzyba w środku miasta, to nie wiem, jestem starą konserwą i chociaż widoczek stamtąd przyzwoity, to sam grzyb do mnie nie przemówił) (hmmm, gdyby grzyb zaczął do mnie przemawiać, to chyba znaczyłoby, że coś się dzieje). Do przyjemności za które zdecydowanie powinnam otrzymać tytuł wzorowego turysty, należy zaliczyć przejażdżkę po parku Marii Luisy śmiesznym pojazdem i uczestnictwo w wycieczce po barach tapasowych (tapa (chciałam to jakoś spolszczyć i napisać coś w stylu „przekąska”, ale to nie oddaje idei i klimatu prawdziwej tapy) + maleńkie piweńko za 2.50€, istne szaleństwo! I za zebrane znaczki można otrzymać jakiś kulinarny niespodzian, który mam zamiar odebrać jutro :D).


Poza poznawaniem bogatej oferty kulturalnej Hiszpanii, staraliśmy się również zaprezentować tubylcom to, co Polska ma najlepszego i przybliżyć im nieco nasze zwyczaje. Pokazaliśmy więc, czym jest żołądkowa gorzka, i jak się ją poprawnie konsumuje (przy okazji nauczyliśmy się też wznosić toasty w wersji hiszpańskiej i katalońskiej). No i jak się w Polsce tańczy salsę (tak skutecznie, że Bartek został ulubieńcem pewnej leciwej Kubanki). 


Przyzwoitego zakończenia dziś nie będzie, bo cały post to właściwie podsumowanie samo w sobie ;)

poniedziałek, 8 października 2012

gozando en Sevilla

Pewnie myślicie sobie, że życie studenckie i erasmusowe tak mnie wciągnęło, że zapomniałam już całkiem o salsie… Otóż, jesteście w wielkim błędzie i za karę zamęczę Was teraz najdłuższym postem miesiąca! Muszę przyznać, że po kilku imprezach z cyklu „porażka” faktycznie byłam trochę zniesmaczona sewilskim światkiem salsowym, więc nawet nie chciało mi się o tym pisać, uznając wyjazd za stracony pod względem tanecznym (czyli jak dla mnie, stracony całkowicie). Albo trafiałam na beznadziejne kluby, albo na mało ludzi, albo na jakieś dziwne pomieszanie linii z kubaną, z akcentem nad linią (chociaż, jak się później okazało, według niektórych, liniowo to tańczę ja ;))

Na szczęście, mój imprezowy instynkt poprowadził mnie w zakątki, które szybko skradły moje serce i nieprzespane noce. Póki co, pierwsze i najważniejsze miejsce na mojej liście zajmuje niewielki lokal o wdzięcznej nazwie Azúcar de Cuba (poza tym, nie ukrywam, mam tam najbliżej :P). Tak właściwie, to ciężko nazwać wizytę tam normalną salsoteką, to raczej zbieranina Latynosów, Hiszpanów i guiris, ciasny parkiet, gorąca atmosfera i muzyka na żywo (i to jaka! a tajemniczy tytuł posta to właśnie cytat z tutejszej wersji „Gozando en la Habana” ;) kto nie zna – proszę w tym momencie znaleźć na youtubie!!!). Nikt się nie pyta, czy tańczysz, co, jak i dlaczego tańczysz ani czy może z tobą zatańczyć, większość po prostu szczerzy kły, wyciąga rączki i przechodzi, że tak powiem, do rzeczy :D

Jest kilka miejsc, gdzie są imprezy salsowe, takie  nazwijmy to, standardowe – ale tam z muzyką jest różnie, a nawet jak jest przyzwoita to ludzie tańczą nieprzyzwoicie (czytaj: linię do timby), mi to tam właściwie obojętne, jak sobie tam tuptają, tylko wybór partnerów, którzy mnie satysfakcjonują jest nieco bardziej ograniczony. I jak to zwykle na salsotekach bywa, ktoś kto nauczył się dwóch kroków na krzyż uważa się, co najmniej, za mistrza świata w tańcu, i robi wielką łaskę, że ewentualnie może poświęcić się i wyjść na parkiet na jeden kawałek.

Miejsce natomiast, które stało się dla mnie źródłem szydery to klub, gdzie chodzą Kolumbijczycy. Klimat a la stara rzeszowska Akademia (światła, dymy, wielki parkiet i loże z kanapami), salsa głównie caleña, bachata, trochę merengue, aaale klimat, uf! Nie widziałam chyba ani jednej laski bez poprawek, czułam się przy tych idealnych ciałach jak 12-letnia zakompleksiona dziewczynka (podejrzewam, że tak też przy nich wyglądałam), chociaż wybawiłam się tam porządnie. I tak dla wszystkich jestem piękną, królową, kochaniem i nie wiem co tam jeszcze (czyli to, co u nas pokrzykują sobie robotnicy na budowie, tutaj jest eleganckim standardem) – chyba wpadnę w samozachwyt  ;) A, no i przede wszystkim, jakby ktoś miał wątpliwości, jestem blondynką, czyli to, na co całe życie narzekam, stało się w tej chwili moim największym atutem (chyba większym nawet niż różne latynoskie sztuczne części ciała :P).

sobota, 6 października 2012

moja nowa szkoła

Rok akademicki w pełni! Oczywiście, jak to zwykle na filologii, prawie same babony. Haaa, mogę teraz bezkarnie wszystkich obgadywać, bo i tak nie znają polskiego, łuhuhu, mam nadzieję, że tłumacz google nie zrozumie mojego slangu. Poza tym jestem przekonana, że nikt nie zada sobie trudu, żeby z niego skorzystać ;) Wiadomo – tutaj filozofia życia koncentruje się wokół haseł mañana i siesta, kto by się tam przejmował jakimś  internetem (jak mawia mój dziadek: interesem). Oczywiście erasmusów też nie za wiele, bo kto by tam chodził na jakieś dzikie filologiczne bzdury. Nie rozumiem dlaczego, niektóre naprawdę są wciągające :D Z moim niezbyt przychylnym stosunkiem do wszelkich gramatyk i przedmiotów językoznawczych, wydaje mi się niesamowite, że potrafię spędzić godzinę nad tekstem napisanym pismem gotyckim i nie zanudzić się na śmierć. Nie żebym była taka znowu ambitna i z własnej woli chciała zgłębiać starohiszpańskie wypociny wiernych poddanych króla Alfonsa (tutaj to imię funkcjonuje normalnie, bez skojarzeń), po prostu nazwa przedmiotu brzmiała zachęcająco, a nie znalazłam jego opisu w zagmatwanym systemie „aula virtual”, który do złudzenia przypomina nasz rodzimy USOS (dla niewtajemniczonych: uniwersytecki system obsługi studenta) (właśnie zdałam sobie sprawę że znaczenie słowa „obsługa” to wcale nie jest utrudnianie życia, b. dziwne). Także czuję się prawie jak w Polsce ;)