piątek, 30 listopada 2012

Mary Bartunia Barcelona

Na kilka dni zmuszona byłam opuścić andaluzyjskie słoneczko i udać się na zimną północ, wprost do Barcelony. Czy to jeszcze Hiszpania, czy już nie, ciężko powiedzieć, mądre głowy tego świata zastanawiają się nad tym i stwierdzić nic nie mogą, więc może ja tym bardziej powinnam zostawić ten temat i przejść do tego, dlaczego stolica Katalonii jest, tak czy inaczej, miejscem prawie doskonałym. Bo jest tu wszystko, co tygryski lubią najbardziej: całkiem  spore miasto, 11 linii metra, nienajgorszy klimat, morze, plaża i cubana :D

Mary poleca, czyli krótki przewodnik po Barcelonie dla prawdziwego guiri (czyli niemającego pojęcia o prawdziwym życiu turysty) – TOP 10
  1. Tańcząca fontanna – trochę nie do rytmu, ale faktycznie się buja, i to w kolorach
  2. Park Güell – zaprojektował go niejaki Gaudí, można go zobaczyć również w filmie Vicky Cristina Barcelona, nie ma to jak posiedzieć sobie na dłuuugiej ławce i podziwiać miejscowego Forfitera (mozaikowego oczywiście)
  3. Słodkie okrągłe budyneczki  autorstwa tego samego pana, Casa Batlló i La Pedrera, jak żywcem wyjęte z filmów Burtona
  4. Sagrada Familia – i znowu on, piękna katedra, widok psują żurawie dwa razy wyższe od samego budynku, ale mimo wszystko, robi wrażenie
  5. Muzeum czekolady – bilet w formie tabliczki czekolady
  6. Zamek na wzgórzu Monjüic – ładny widok i ogromne działa
  7. Starówka – Barrio Gótico, szczególnie okolice uliczki Call (dawna dzielnica żydowska), bardzo klimatyczne
  8. Boquería – rynek, gdzie wieczorem można za euro kupić sałatkę z truskawkami + świeżo wyciśnięty sok
  9. Baskijskie przekąski w formie szaszłyczków (co prawda sieciówka, ale pyyycha)
  10. Outlet Desiguala… bez komentarza…
Oprócz tego, wraz z moim niezawodnym towarzyszem podróży Bartoszkiem, dotarliśmy do miejsc trochę mniej turystycznych, i może dlatego tak wspaniałych. Odwiedziliśmy uroczy lokal, gdzie weszliśmy skuszeni kubańską muzyką, a skończyliśmy na świętowaniu wraz z barmanką jej urodzin, bawiliśmy się na trzech salsotekach (taaak! w Barcelonie się tańczy! i to jak!) i zjedliśmy w wietnamskiej knajpce z pysznymi krewetkami w cieście. Z ciekawostek kulturoznawczych: okno pokoju w hostelu wychodziło na korytarz z windą :P, na pożegnanie nie mówi się „hasta luego” tylko „adiós”, a w Eixample (czyli części Barcelony, gdzie wszystkie ulice przecinają się pod kątem prostym) można się zgubić. 

Jestem tak stęskniona za rumbą, że poszłam nawet na zajęcia do Camagüeya, którego na festiwalach zwykle unikam. Ale czego się nie robi? Poza tym, było całkiem sympatycznie i umiliło mi to czas w oczekiwaniu na samolot.

A za niecałe 3 tygodnie przyjeżdżam do Polski, więc drżyj Krakowie i okolico, drżyj Rzeszowie, drżyjcie sąsiedzi (na szczęście nie moi, bo jestem chwilowo bezdomna :D), i niech galicyjski grzaniec już na mnie czeka!

PS Spodobało mi się wrzucanie zdjęć ;)









czwartek, 15 listopada 2012

czy zawarliście już pakt z krasnoludkami?

W mojej kuchni zamieszkały niedawno krasnoludki. Korzystne układy z tymi miłymi istotami, zawierane niegdyś na lekcjach łaciny, po latach procentują (polecam). Teraz, zamiast mazać tablicę, i cichutko przesuwać krzesełka, myją za mnie naczynia! Zmęczona życiem (wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale {między innymi dzięki strajkowi} od wczoraj mam tzw. łikend, który, jak powszechnie wiadomo, wykańcza o wiele bardziej niż reszta tygodnia) dowlokłam się przed chwilą do kuchni, żeby dla rozrywki trochę pozmywać po wyśmienitym obiedzie, który dziś uczyniłam, a tu –  wszystkie naczynia, czyste i lśniące, leżą na swoim miejscu. I nie był to pierwszy raz, kiedy ktoś uprzedził moje szczere chęci doprowadzenia mieszkania do względnego porządku. Jakieś resztki zdrowego rozsądku, które mi jeszcze pozostały, podpowiadają mi, że to być może sprawka moich współlokatorów. Obawiam się, że to tylko kwestia ich uprzejmości, i wstydu przed powiedzeniem mi: „Babo, do garów!”. Z drugiej strony, nieszczególnie wydaje mi się, żeby faceci przemilczeli, że coś do mnie mają, zwłaszcza jeśli mieliby coś za mnie robić. Na wszelki wypadek wolę wmówić sobie, że to krasnoludki. W końcu to dżentelmeni. Może moi współlokatorzy też? :D

Czuję się staro. Na wczorajszej domówce, chcąc być miła i zagaić, zapytałam siedzącego obok chłopca, co studiuje. Okazało się, że jest jeszcze w liceum. Wolałam już nie dociekać, w której klasie ;)

A dziś będzie bonusik w postaci zdjęć. Bo tego, co zobaczyłam na czekoladowej fieście, nie da się opisać słowami ;) Dobrze, że nie umiem robić churros (jeśli nie wiesz, co to jest, masz szczęście, bo żyjesz w błogiej nieświadomości, że istnieje coś tak pysznego; jeśli mimo wszystko chcesz wiedzieć - kliknij tu), bo bym musiała kupować dwa miejsca w Ryanairze. Jak nie trzy.



trochę zmutowany, ale zawsze - Wiewiór <3

babeczka z wanilią i rumem przed konsumpcją...

...i w trakcie (ta krecha na czole to moje włosy, nawet tu czasem wieje :P)







sobota, 10 listopada 2012

Ivo, Andaluzja, koniec świata


Nigdy nie przypuszczałam, że miejscem, w którym spotkam się któregoś pięknego dnia z Ivo Pogorelićem (na wszelki wypadek: tak dziwnie się nazywa, bo jest z Belgradu <jest festiwal, a mnie tam nie ma, :C buuu>, oprócz tego, że ładnie gra na fortepianie, znany głównie ze strasznego zamieszania, którego był powodem, kiedy jako jeszcze piękny i młody zdecydował się na udział w konkursie chopinowskim; jak można się domyślić wzbudził kontrowersje i pojawiły się komplikacje, bo nie chcieli go przepuścić do któregoś tam z kolei etapu, no i niejaka Martha Argerich [skądinąd mój ideał pianistycznej urody] oburzyła się, wstała i wyszła, zapewne dlatego, że chamstwa nie zniosła) będzie akurat Sewilla. Tak się jednak stało i muszę przyznać, że Chopin na obczyźnie brzmi jakoś inaczej. Bardziej polsko? Cóż za patriotyczna refleksja w przeddzień 11. listopada ;) W pierwszej chwili naszła mnie jakaś dziwna faza w stylu: oj Hiszpany, co wy możecie wiedzieć o Chopinie. Jednak szybko zmieniłam tok rozumowania, i pomyślałam sobie: właściwie dlaczego nie mogą? Skoro słuchają, to znaczy, że coś w tym jest. Byłam nieco zawiedziona brakiem  bisu, ale zrekompensował mi to Rachmaninow w części drugiej. 

Byłam w tamtym tygodniu w barze, gdzie grają flamencopodobną muzykę, tańcząc przy tym radośnie i głośno śpiewając. Moją faworytką wieczoru była właścicielka lokalu, leciwa andaluza w rozmiarze xxl, bardzo elegancka oczywiście, z potężnym, świecącym naszyjnikiem w barwach biało-czerwonych, perfekcyjnym makijażem i  ufryzowaniem – jednym słowem: gwiazda. Przez cały czas zabawiała gości, opowiadała anegdotki, dawała popisy wokalne i zalotnie zapraszała do baru. Później zgasiła światło, oznajmiła, że koniec imprezy i wszyscy do spania, jutro otwieramy o tej i o tej. W tym momencie grupa mężczyzn odśpiewała flamenco - pieśń do figurki jakiejś miejscowej Madonny znajdującej się w miniołtarzyku z lampkami udającymi świeczki (chyba trochę nie ogarnęłam motywu, ale nikt się jakoś specjalnie temu nie dziwił), po czym gawiedź rozeszła się do domów.

Wczoraj, wracając z zajęć, których nie było (miały się zacząć o 10.30, o 10.49 wykładowca napisał maila, że ma gorączkę i nie przyjdzie :( gdyby to nie był mój ulubieniec, pewnie bym przeklęła cały świat, ale jego oczywiście mi się zrobiło żal) zrozumiałam fenomen andaluzyjskiego. Siedziałam sobie grzecznie na przystanku i podeszła do mnie pani, pytając mnie o coś, ale oczywiście nie zrozumiałam wszystkich słów po kolei. Z tego wesołego bełkotu i kontekstu, w jakim się znajdowałyśmy, szybko domyśliłam się, że chodzi jej o to, za ile przyjedzie następne metro. Ale żeby się upewnić, poprosiłam ją, żeby powtórzyła, i oczywiście udało mi się wyłapać trochę więcej. Pytanie: po co mi to było, skoro i tak wiedziałam, co jej odpowiedzieć? I tu tkwi sekret: oni nawzajem też się nie rozumieją, bo to jest po prostu niemożliwe. Mówią tylko to, co w danym momencie się powiedzieć powinno, a co to za różnica, co powiedzą, jak i tak rozmówca połowę zrozumie, a połowę zinterpretuje po swojemu. Postanowiłam więc sobie dać spokój z próbami usłyszenia tego, co i tak nie jest ważne i skupić się na tym, co do mnie dociera. Jak będą tego jakieś rezultaty, dam znać.

Rarytasik na koniec: tańczyłam z mężczyzną ze sztucznymi rzęsami. I jeszcze mi się podobało. Także patrzcie dobrze w ten kalendarz Majów, bo koniec świata zbliża się wielkimi krokami.