Nigdy nie przypuszczałam, że miejscem, w którym spotkam się
któregoś pięknego dnia z Ivo Pogorelićem (na wszelki wypadek: tak dziwnie się
nazywa, bo jest z Belgradu <jest festiwal, a mnie tam nie ma, :C buuu>, oprócz tego,
że ładnie gra na fortepianie, znany głównie ze strasznego zamieszania, którego był powodem, kiedy jako jeszcze piękny i młody zdecydował się na udział w konkursie
chopinowskim; jak można się domyślić wzbudził kontrowersje i pojawiły się komplikacje, bo nie
chcieli go przepuścić do któregoś tam z kolei etapu, no i niejaka Martha Argerich [skądinąd mój ideał pianistycznej urody] oburzyła się, wstała i wyszła, zapewne dlatego, że chamstwa nie zniosła) będzie akurat Sewilla. Tak się jednak
stało i muszę przyznać, że Chopin na obczyźnie brzmi jakoś inaczej. Bardziej
polsko? Cóż za patriotyczna refleksja w przeddzień 11. listopada ;) W pierwszej
chwili naszła mnie jakaś dziwna faza w stylu: oj Hiszpany, co wy możecie
wiedzieć o Chopinie. Jednak szybko zmieniłam tok rozumowania, i
pomyślałam sobie: właściwie dlaczego nie mogą? Skoro słuchają, to znaczy, że
coś w tym jest. Byłam nieco zawiedziona brakiem bisu, ale zrekompensował mi to Rachmaninow w
części drugiej.
Byłam w tamtym tygodniu w barze, gdzie grają flamencopodobną muzykę, tańcząc przy tym radośnie i głośno śpiewając. Moją faworytką
wieczoru była właścicielka lokalu, leciwa andaluza w rozmiarze xxl, bardzo elegancka
oczywiście, z potężnym, świecącym naszyjnikiem w barwach biało-czerwonych,
perfekcyjnym makijażem i ufryzowaniem –
jednym słowem: gwiazda. Przez cały czas zabawiała gości, opowiadała anegdotki, dawała popisy
wokalne i zalotnie zapraszała do baru. Później zgasiła światło, oznajmiła, że koniec
imprezy i wszyscy do spania, jutro otwieramy o tej i o tej. W tym momencie grupa
mężczyzn odśpiewała flamenco - pieśń do figurki jakiejś miejscowej Madonny znajdującej
się w miniołtarzyku z lampkami udającymi świeczki (chyba trochę nie
ogarnęłam motywu, ale nikt się jakoś specjalnie temu nie dziwił), po czym gawiedź
rozeszła się do domów.
Wczoraj, wracając z zajęć, których nie było (miały się zacząć
o 10.30, o 10.49 wykładowca napisał maila, że ma gorączkę i nie przyjdzie :( gdyby to nie był mój
ulubieniec, pewnie bym przeklęła cały świat, ale jego oczywiście mi się zrobiło
żal) zrozumiałam fenomen andaluzyjskiego. Siedziałam sobie grzecznie na
przystanku i podeszła do mnie pani, pytając mnie o coś, ale oczywiście nie
zrozumiałam wszystkich słów po kolei. Z tego wesołego bełkotu i kontekstu, w
jakim się znajdowałyśmy, szybko domyśliłam się, że chodzi jej o to, za ile
przyjedzie następne metro. Ale żeby się upewnić, poprosiłam ją, żeby powtórzyła, i oczywiście udało mi się wyłapać trochę więcej. Pytanie: po co mi to było,
skoro i tak wiedziałam, co jej odpowiedzieć? I tu tkwi sekret: oni nawzajem też się
nie rozumieją, bo to jest po prostu niemożliwe. Mówią tylko to, co w danym
momencie się powiedzieć powinno, a co to za różnica, co powiedzą, jak i tak
rozmówca połowę zrozumie, a połowę zinterpretuje po swojemu. Postanowiłam więc
sobie dać spokój z próbami usłyszenia tego, co i tak nie jest ważne i skupić się na tym, co do
mnie dociera. Jak będą tego jakieś rezultaty, dam znać.
Rarytasik na koniec: tańczyłam z mężczyzną ze
sztucznymi rzęsami. I jeszcze mi się podobało. Także patrzcie dobrze w ten
kalendarz Majów, bo koniec świata zbliża się wielkimi krokami.
Oficjalnie Cię uwielbiam (Cię osobiście nawet bardziej niż pierwszy i ostatni akapit).
OdpowiedzUsuńCieszy mnie to niezmiernie (zwłaszcza to, że mnie osobiście :D)!
OdpowiedzUsuń