Jak już mam świadomość (a dzisiaj takową mam), że z
niektórymi osobami już się przed moim wyjazdem nie zobaczę, to mi się wydaje,
że to już zaraz! A jak to bywa przy takich pożegnaniach, były już nawet
pierwsze świąteczne życzenia. W klimat jeszcze bardziej wprowadziło mnie spotkanie
erasmusowe, gdzie po raz pierwszy w życiu zakosztowałam turrona (słodki był i
migdałowy), było dużo ciach (takich prawdziwych, mniam, ale polvoronki niestety
nie zachwyciły), kolędy (drodzy wykładowcy, przedświąteczne lekcje języków
obcych nie idą w las!) i degustacja lokalnych alkoholi (tak, tak, na uczelni, pod
czujnym okiem koordynatorki studentów zagranicznych, o godzinie 12:30).
Ostatnio (chyba z racji nadejścia zimy, albo może raczej w
celu dobrego przygotowania się psychicznego i kondycyjnego do Świąt) do naszych
zajęć flamenco został wprowadzony nowy element, który niezwykle przypadł mi do
gustu, a mianowicie: banieczka anyżówki dla każdego, na rozgrzewkę i/lub w
trakcie kilkuminutowej przerwy, na jaką, oczywiście tylko czasami, sobie
pozwalamy. Prowodyrką całej akcji jest oczywiście profesora, która ochoczo wznosi
toasty, a niechętne do picia przekonuje krótkim: „No seeeas antipaaaatica…” z miną pod tytułem:
„No weź nie bądź pipa!” (Refleksję nad rolą instruktorów tańca w moim życiu pozostawię
może na inną okazję…)
Z każdego zakątka (wystawa sklepowa, supermarket, bar) wyglądają już szopki, a czasem czają się nawet wielbłądy (podejrzewam, że w ramach żywego inwentarza jednej z nich), majestatycznie pozujące, jakby tylko czekały na to, aż ktoś zrobi im zdjęcie. Nie sprawiłam im tej przyjemności, bo skoro wszystko mi się psuje, mojemu aparatowi też coś zaczyna nie pasować. A dziś na przystanku powitał mnie niejaki Michael Bublé! Co
prawda bez wizji, ale dźwięk był bez zarzutu ;) Właściwie to wolę jak śpiewa,
niż jak wygląda.
Czy był on strzelił swoim chórzystkom (1:08) vacunę?!
[Wyjaśnienie dla normalnych ludzi, którzy nie fascynują się jakimiś dzikimi
tańcami z buszu: żeby w rumbie (kubańskiej-kubańskiej, nie towarzyskiej :P)
było śmieszniej, chłopiec zalecający się do dziewczynki, ma taką strategię, że w
najmniej spodziewanym przez nią momencie wykonuje gwałtowny ruch symbolizujący
przejście do konkretu; a ona (cóż biedna robić maaa :P) się zakrywa, bo po co
konkrety (które, jak wiadomo, mają konsekwencje), jak można sobie tylko
poflirtować? Czyli, samo życie, jak widać. Ponieważ to tylko moja interpretacja, a nie wartościowa informacja kulturoznawcza, chciałam odesłać zainteresowanych do wikipedii, ale tam kłamstwa i głupoty wypisują. W związku z zaistniałą sytuacją, ostrzegam przed tym źródłem i liczę, że kiedyś jakaś mądrzejsza publikacja po polsku się w tej kwestii pojawi. Na moją magisterkę (gdzie może coś niecoś o tym wspomnę) nie liczcie, bo po pierwsze: pewnie pójdzie w kierunku bardziej literackim, niż sama bym tego chciała (więc nikomu się nie będzie chciało tego czytać), po drugie: na razie jej nie ma, a moja pani promotor uważa mój temat za oczywisty i prostacki, więc wszystko jest na dobrej drodze do jego modyfikacji, a po trzecie: nawet, jak będzie, to po hiszpańsku. No chyba że ktoś mi za tłumaczenie samej siebie dobrze zapłaci, to pomyślimy :D]
Mój pokojowy ogrzewacz patrzy na mnie tęsknym wzrokiem, i pewnie
po cichu (bo odkąd zrobiło się cieplej jest cały czas wyłączony, więc nie szumi)
pragnie dotyku moich dłoni. Obawiam się bardzo szoku termicznego, jakiego
najprawdopodobniej doznam za tydzień, i najchętniej zabrałabym mojego
przyjaciela ze sobą, ale boję się, że nie udźwignę tego brzemienia, a przy okazji ryanair uzna mnie za terrorystkę.
Vacuna w wykonaniu Buble rządzi :)
OdpowiedzUsuń