Pewnie myślicie sobie, że życie studenckie i erasmusowe tak
mnie wciągnęło, że zapomniałam już całkiem o salsie… Otóż, jesteście w wielkim
błędzie i za karę zamęczę Was teraz najdłuższym postem miesiąca! Muszę
przyznać, że po kilku imprezach z cyklu „porażka” faktycznie byłam trochę
zniesmaczona sewilskim światkiem salsowym, więc nawet nie chciało mi się o tym
pisać, uznając wyjazd za stracony pod względem tanecznym (czyli jak dla mnie,
stracony całkowicie). Albo trafiałam na beznadziejne kluby, albo na mało ludzi,
albo na jakieś dziwne pomieszanie linii z kubaną, z akcentem nad linią
(chociaż, jak się później okazało, według niektórych, liniowo to tańczę ja ;))
Na szczęście, mój imprezowy instynkt poprowadził mnie w
zakątki, które szybko skradły moje serce i nieprzespane noce. Póki co, pierwsze
i najważniejsze miejsce na mojej liście zajmuje niewielki lokal o wdzięcznej
nazwie Azúcar de Cuba (poza tym, nie ukrywam, mam tam najbliżej :P). Tak
właściwie, to ciężko nazwać wizytę tam normalną salsoteką, to raczej zbieranina
Latynosów, Hiszpanów i guiris, ciasny parkiet, gorąca atmosfera i muzyka na
żywo (i to jaka! a tajemniczy tytuł posta to właśnie cytat z tutejszej wersji „Gozando
en la Habana” ;) kto nie zna – proszę w tym momencie znaleźć na youtubie!!!).
Nikt się nie pyta, czy tańczysz, co, jak i dlaczego tańczysz ani czy może z
tobą zatańczyć, większość po prostu szczerzy kły, wyciąga rączki i przechodzi,
że tak powiem, do rzeczy :D
Jest kilka miejsc, gdzie są imprezy salsowe, takie nazwijmy to, standardowe – ale tam z muzyką
jest różnie, a nawet jak jest przyzwoita to ludzie tańczą nieprzyzwoicie
(czytaj: linię do timby), mi to tam właściwie obojętne, jak sobie tam tuptają,
tylko wybór partnerów, którzy mnie satysfakcjonują jest nieco bardziej
ograniczony. I jak to zwykle na salsotekach bywa, ktoś kto nauczył się dwóch
kroków na krzyż uważa się, co najmniej, za mistrza świata w tańcu, i robi
wielką łaskę, że ewentualnie może poświęcić się i wyjść na parkiet na jeden
kawałek.
Miejsce natomiast, które stało się dla mnie źródłem szydery
to klub, gdzie chodzą Kolumbijczycy. Klimat a la stara rzeszowska Akademia
(światła, dymy, wielki parkiet i loże z kanapami), salsa głównie caleña, bachata,
trochę merengue, aaale klimat, uf! Nie widziałam chyba ani jednej laski bez
poprawek, czułam się przy tych idealnych ciałach jak 12-letnia zakompleksiona
dziewczynka (podejrzewam, że tak też przy nich wyglądałam), chociaż wybawiłam
się tam porządnie. I tak dla wszystkich jestem piękną, królową, kochaniem i nie
wiem co tam jeszcze (czyli to, co u nas pokrzykują sobie robotnicy na budowie,
tutaj jest eleganckim standardem) – chyba wpadnę w samozachwyt ;) A, no i przede wszystkim, jakby ktoś miał
wątpliwości, jestem blondynką, czyli to, na co całe życie narzekam, stało się w
tej chwili moim największym atutem (chyba większym nawet niż różne latynoskie
sztuczne części ciała :P).
chan-chu-llo:D:D tak jakoś mi przyszła do głowy melodia, chociaż nie do końca adekwatnie;) ay, Rubia, niech Cię tam znajdą najlepsi salseros:D super, że jednak się Sevilla tanecznie broni:) buziaki od Ursusa:) !!!
OdpowiedzUsuńKto wie, oby Twe życzenia się spełniły Ursusie :D
OdpowiedzUsuń