poniedziałek, 8 października 2012

gozando en Sevilla

Pewnie myślicie sobie, że życie studenckie i erasmusowe tak mnie wciągnęło, że zapomniałam już całkiem o salsie… Otóż, jesteście w wielkim błędzie i za karę zamęczę Was teraz najdłuższym postem miesiąca! Muszę przyznać, że po kilku imprezach z cyklu „porażka” faktycznie byłam trochę zniesmaczona sewilskim światkiem salsowym, więc nawet nie chciało mi się o tym pisać, uznając wyjazd za stracony pod względem tanecznym (czyli jak dla mnie, stracony całkowicie). Albo trafiałam na beznadziejne kluby, albo na mało ludzi, albo na jakieś dziwne pomieszanie linii z kubaną, z akcentem nad linią (chociaż, jak się później okazało, według niektórych, liniowo to tańczę ja ;))

Na szczęście, mój imprezowy instynkt poprowadził mnie w zakątki, które szybko skradły moje serce i nieprzespane noce. Póki co, pierwsze i najważniejsze miejsce na mojej liście zajmuje niewielki lokal o wdzięcznej nazwie Azúcar de Cuba (poza tym, nie ukrywam, mam tam najbliżej :P). Tak właściwie, to ciężko nazwać wizytę tam normalną salsoteką, to raczej zbieranina Latynosów, Hiszpanów i guiris, ciasny parkiet, gorąca atmosfera i muzyka na żywo (i to jaka! a tajemniczy tytuł posta to właśnie cytat z tutejszej wersji „Gozando en la Habana” ;) kto nie zna – proszę w tym momencie znaleźć na youtubie!!!). Nikt się nie pyta, czy tańczysz, co, jak i dlaczego tańczysz ani czy może z tobą zatańczyć, większość po prostu szczerzy kły, wyciąga rączki i przechodzi, że tak powiem, do rzeczy :D

Jest kilka miejsc, gdzie są imprezy salsowe, takie  nazwijmy to, standardowe – ale tam z muzyką jest różnie, a nawet jak jest przyzwoita to ludzie tańczą nieprzyzwoicie (czytaj: linię do timby), mi to tam właściwie obojętne, jak sobie tam tuptają, tylko wybór partnerów, którzy mnie satysfakcjonują jest nieco bardziej ograniczony. I jak to zwykle na salsotekach bywa, ktoś kto nauczył się dwóch kroków na krzyż uważa się, co najmniej, za mistrza świata w tańcu, i robi wielką łaskę, że ewentualnie może poświęcić się i wyjść na parkiet na jeden kawałek.

Miejsce natomiast, które stało się dla mnie źródłem szydery to klub, gdzie chodzą Kolumbijczycy. Klimat a la stara rzeszowska Akademia (światła, dymy, wielki parkiet i loże z kanapami), salsa głównie caleña, bachata, trochę merengue, aaale klimat, uf! Nie widziałam chyba ani jednej laski bez poprawek, czułam się przy tych idealnych ciałach jak 12-letnia zakompleksiona dziewczynka (podejrzewam, że tak też przy nich wyglądałam), chociaż wybawiłam się tam porządnie. I tak dla wszystkich jestem piękną, królową, kochaniem i nie wiem co tam jeszcze (czyli to, co u nas pokrzykują sobie robotnicy na budowie, tutaj jest eleganckim standardem) – chyba wpadnę w samozachwyt  ;) A, no i przede wszystkim, jakby ktoś miał wątpliwości, jestem blondynką, czyli to, na co całe życie narzekam, stało się w tej chwili moim największym atutem (chyba większym nawet niż różne latynoskie sztuczne części ciała :P).

2 komentarze:

  1. chan-chu-llo:D:D tak jakoś mi przyszła do głowy melodia, chociaż nie do końca adekwatnie;) ay, Rubia, niech Cię tam znajdą najlepsi salseros:D super, że jednak się Sevilla tanecznie broni:) buziaki od Ursusa:) !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kto wie, oby Twe życzenia się spełniły Ursusie :D

    OdpowiedzUsuń