sobota, 10 listopada 2012

Ivo, Andaluzja, koniec świata


Nigdy nie przypuszczałam, że miejscem, w którym spotkam się któregoś pięknego dnia z Ivo Pogorelićem (na wszelki wypadek: tak dziwnie się nazywa, bo jest z Belgradu <jest festiwal, a mnie tam nie ma, :C buuu>, oprócz tego, że ładnie gra na fortepianie, znany głównie ze strasznego zamieszania, którego był powodem, kiedy jako jeszcze piękny i młody zdecydował się na udział w konkursie chopinowskim; jak można się domyślić wzbudził kontrowersje i pojawiły się komplikacje, bo nie chcieli go przepuścić do któregoś tam z kolei etapu, no i niejaka Martha Argerich [skądinąd mój ideał pianistycznej urody] oburzyła się, wstała i wyszła, zapewne dlatego, że chamstwa nie zniosła) będzie akurat Sewilla. Tak się jednak stało i muszę przyznać, że Chopin na obczyźnie brzmi jakoś inaczej. Bardziej polsko? Cóż za patriotyczna refleksja w przeddzień 11. listopada ;) W pierwszej chwili naszła mnie jakaś dziwna faza w stylu: oj Hiszpany, co wy możecie wiedzieć o Chopinie. Jednak szybko zmieniłam tok rozumowania, i pomyślałam sobie: właściwie dlaczego nie mogą? Skoro słuchają, to znaczy, że coś w tym jest. Byłam nieco zawiedziona brakiem  bisu, ale zrekompensował mi to Rachmaninow w części drugiej. 

Byłam w tamtym tygodniu w barze, gdzie grają flamencopodobną muzykę, tańcząc przy tym radośnie i głośno śpiewając. Moją faworytką wieczoru była właścicielka lokalu, leciwa andaluza w rozmiarze xxl, bardzo elegancka oczywiście, z potężnym, świecącym naszyjnikiem w barwach biało-czerwonych, perfekcyjnym makijażem i  ufryzowaniem – jednym słowem: gwiazda. Przez cały czas zabawiała gości, opowiadała anegdotki, dawała popisy wokalne i zalotnie zapraszała do baru. Później zgasiła światło, oznajmiła, że koniec imprezy i wszyscy do spania, jutro otwieramy o tej i o tej. W tym momencie grupa mężczyzn odśpiewała flamenco - pieśń do figurki jakiejś miejscowej Madonny znajdującej się w miniołtarzyku z lampkami udającymi świeczki (chyba trochę nie ogarnęłam motywu, ale nikt się jakoś specjalnie temu nie dziwił), po czym gawiedź rozeszła się do domów.

Wczoraj, wracając z zajęć, których nie było (miały się zacząć o 10.30, o 10.49 wykładowca napisał maila, że ma gorączkę i nie przyjdzie :( gdyby to nie był mój ulubieniec, pewnie bym przeklęła cały świat, ale jego oczywiście mi się zrobiło żal) zrozumiałam fenomen andaluzyjskiego. Siedziałam sobie grzecznie na przystanku i podeszła do mnie pani, pytając mnie o coś, ale oczywiście nie zrozumiałam wszystkich słów po kolei. Z tego wesołego bełkotu i kontekstu, w jakim się znajdowałyśmy, szybko domyśliłam się, że chodzi jej o to, za ile przyjedzie następne metro. Ale żeby się upewnić, poprosiłam ją, żeby powtórzyła, i oczywiście udało mi się wyłapać trochę więcej. Pytanie: po co mi to było, skoro i tak wiedziałam, co jej odpowiedzieć? I tu tkwi sekret: oni nawzajem też się nie rozumieją, bo to jest po prostu niemożliwe. Mówią tylko to, co w danym momencie się powiedzieć powinno, a co to za różnica, co powiedzą, jak i tak rozmówca połowę zrozumie, a połowę zinterpretuje po swojemu. Postanowiłam więc sobie dać spokój z próbami usłyszenia tego, co i tak nie jest ważne i skupić się na tym, co do mnie dociera. Jak będą tego jakieś rezultaty, dam znać.

Rarytasik na koniec: tańczyłam z mężczyzną ze sztucznymi rzęsami. I jeszcze mi się podobało. Także patrzcie dobrze w ten kalendarz Majów, bo koniec świata zbliża się wielkimi krokami.

2 komentarze:

  1. Oficjalnie Cię uwielbiam (Cię osobiście nawet bardziej niż pierwszy i ostatni akapit).

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszy mnie to niezmiernie (zwłaszcza to, że mnie osobiście :D)!

    OdpowiedzUsuń