wtorek, 11 grudnia 2012

starcze refleksje

W całym tym zamieszaniu nie napisałam nic o wspaniałej wycieczce do Estepy. To taka mieścinka, znajdująca się jakąś godzinę drogi od Sewilli, gdzie ludzie nie robią nic innego, tylko świąteczne słodycze (podobno najlepsze w całej Hiszpanii, ja myślę jednak, że bardzo możliwe, że na całym świecie). Jako że właściciel jednej z tych wytwórni to znajomy naszego wykładowcy, mogliśmy sobie za darmo zwiedzić muzeum, i wejść tam, gdzie innym nie wolno (czyli na produkcję, zapach czekolady dosłownie uderza człowieka już przy samym wejściu, co powoduje natychmiastowy atak ślinotoku). Dokonałam zakupu polvorones (odkrycie roku, smak życia, tego się nie da opisać, to trzeba zjeść!) i kocich języczków (bardziej z sentymentu, nie jadłam ich chyba od czasów podstawówki), mając nadzieję, że coś zostanie na Święta, jednak, jak łatwo się domyślić, bardzo się przeliczyłam ;) Została mi tylko ozdobna, papierowa torba w aniołki, którą postawiłam na honorowym miejscu w pokoju, żeby nie zapomnieć kupić przed wyjazdem zapasu tychże słodkości.


W ogóle, w porównaniu do naszych różnych wyjść uniwersyteckich (do  biblioteki, instytutu Cervantesa, i chyba na tym byłby koniec), byłam zszokowana – nie dość, że wycieczka była w ramach zajęć, to jeszcze dostaliśmy zwolnienie z innego przedmiotu, wykładowca sam zaproponował, że może podwieźć część osób, nie wspominając już o samym miejscu… Naszła mnie przy tej okazji refleksja nad systemem edukacji (b. poważnie się tu zrobiło ostatnio :P). Na prawie każdych zajęciach oglądamy filmiki na youtubie, czasami jakiś dokument, większość lekcji jest na bazie prezentacji powerpoinotwej i wszystko to mamy do wglądu w naszej „aula virtual”, która mimo trochę przestarzałej szaty graficznej wcale nie jest taka zła (jak usos). Brzmi może trochę jakby to były jakieś zajęcia dla debili, którzy nie są przystosowani do życia studenckiego, robienia notatek, i samodzielnej pracy, ale jakimś cudem to działa. Większość wykładowców naprawdę się stara, żebyśmy cokolwiek zrozumieli, nie ma nauki na pamięć oderwanych od rzeczywistości definicji, coś takiego jak „wykład” praktycznie tutaj nie funkcjonuje, mimo że w programie jest podział na teorię i praktykę, zawsze wymagają od nas jakiejś formy zaangażowania. Z drugiej strony nie jest tak do końca „szkolnie”, bo żeby zrobić zadanie czy napisać pracę, to faktycznie trzeba się trochę postarać (i nie mówię tego z perspektywy erasmusa, który musi wysilić się, żeby napisać cokolwiek w miarę poprawnie w obcym języku :P), i z tego co widzę, to naprawdę ci ludzie szukają, czytają, pytają, chce im się. Nie to, żebym specjalnie narzekała na Uj, ale taka odmiana działa jak najbardziej pozytywnie. Może znowu mi się zachce studiować? ;)


Koniec wzniosłych tematów, pora zejść na ziemię. Zepsuła mi się karta do telefonu, i z tego też powodu nie mogę słuchać muzyczki. Na szczęście odkryłam sewilskie radio latino, i z rana mnie budzą programem „despertadorrr”, także poranki są trochę mniej bolesne. W metrze co prawda traci zasięg, ale za to… Na przystankach są kolędy! Wszystkie te wesołe flamencowe pioseneczki, wzruszające cichenoce i  takie trochę jazzujące ( jak z amerykańskich świątecznych filmów) adaptacje łajtkrismasów, i innch dżinglbelsów. Jak zapuszczą „La virgen gitana” to obiecuję, że zacznę tańczyć (tudzież, jak mawia Dziunia „tanczyć”).


A skoro już o tym mowa, to się chcę pożalić, że się zestarzałam i zastałam. Wczoraj na imprezie, po kilku kawałkach, złapała mnie kolka i nie mogłam się ruszyć. A po trzech piwach (normalnych, nie maleńkich hiszpańskich piweńkach na 2 łyki), na drugi dzień bolała mnie głowa. Gdzie te czasy całonocnych balang, po których miało się jeszcze ochotę na after, a następnego dnia mniej lub bardziej dziarskim krokiem szło się na zajęcia? Albo i się nie szło, ale w miarę normalnie się funkcjonowało… Starość, nie radość.

7 komentarzy:

  1. przydałby się przycisk "lubię to". bym kliknęła, bo mi się bardzo dobrze czyta, a niekoniecznie mam coś do powiedzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. mówisz i masz :P można posta lubić, można bloga lubić, do wyboru - do koloru ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. ja tylko chciałam nadmienić, iż tak samo mogłabym opisać zajęcia nasze tutejsze portugalskie. że ludzie się bardziej angażują. że zajęcia są o wiele bardziej praktyczne (=interesujące). i że egzaminy mnie np. nie przerażają, bo strasznie dużo mi zostało w głowie. oczywiście jakichś tam teorii się muszę pouczyć, ale jednak wszystkie mi się już w tym momencie z czymś kojarzą, bo pisaliśmy prace/robiliśmy ankiety/nagrania/blabla;)a nie jak u nas na ogół - w **** notatek, milion faktów, które jakoś nie chcą się ułożyć w żaden spójny system... ech, to tak ode mnie w ramach pisania "poważnego". w ramach mniej poważnego - kocham słodycze i wszelkie ich opisy, więc dzięki! by było na tyle :D // kiedy jesteś w PL Maryjka? :))

    OdpowiedzUsuń
  4. to jest niesamowite, nie? :D tak sobie myślę, że nawet jakbym z marszu poszła to bym te egzaminy jakoś zdała. jutro mam kolejne spotkanie ze słodyczami, także wkrótce będzie coś nowego :) Haaa, zapowiada się, że za tydzień o tej porze już będę, a Ursusie Ty kiedy?

    OdpowiedzUsuń
  5. jakże się zrobiło sewilsko i flamencowo! super, bo ten szkolny szablon tu nie pasował, przecież wszyscy wiedzieli, że nie przyjechałaś się tu uczyć! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. przejrzałaś mnie :P ale wiesz, kultura to część języka, więc sama rozumiesz, nawet w tym jest pewien pierwiastek naukowy :D

    OdpowiedzUsuń
  7. a ja będę za 32 godziny;p więc nosi mnie już niesamowicie:D no to się mam nadzieję wszystkie zobaczymy, może jakoś po świętach? Bedziem w kontakcie, póki co udanych degustacji i żeby polvoronami obrodziło:D

    OdpowiedzUsuń