W całym tym zamieszaniu nie napisałam nic o wspaniałej
wycieczce do Estepy. To taka mieścinka, znajdująca się jakąś godzinę drogi od
Sewilli, gdzie ludzie nie robią nic innego, tylko świąteczne słodycze (podobno
najlepsze w całej Hiszpanii, ja myślę jednak, że bardzo możliwe, że na całym
świecie). Jako że właściciel jednej z tych wytwórni to znajomy naszego
wykładowcy, mogliśmy sobie za darmo zwiedzić muzeum, i wejść tam, gdzie innym nie
wolno (czyli na produkcję, zapach czekolady dosłownie uderza człowieka już przy
samym wejściu, co powoduje natychmiastowy atak ślinotoku). Dokonałam zakupu
polvorones (odkrycie roku, smak życia, tego się nie da opisać, to trzeba
zjeść!) i kocich języczków (bardziej z sentymentu, nie jadłam ich chyba od
czasów podstawówki), mając nadzieję, że coś zostanie na Święta, jednak, jak
łatwo się domyślić, bardzo się przeliczyłam ;) Została mi tylko ozdobna,
papierowa torba w aniołki, którą postawiłam na honorowym miejscu w pokoju, żeby
nie zapomnieć kupić przed wyjazdem zapasu tychże słodkości.
W ogóle, w porównaniu do naszych różnych wyjść
uniwersyteckich (do biblioteki,
instytutu Cervantesa, i chyba na tym byłby koniec), byłam zszokowana – nie dość,
że wycieczka była w ramach zajęć, to jeszcze dostaliśmy zwolnienie z innego
przedmiotu, wykładowca sam zaproponował, że może podwieźć część osób, nie
wspominając już o samym miejscu… Naszła mnie przy tej okazji refleksja nad
systemem edukacji (b. poważnie się tu zrobiło ostatnio :P). Na prawie każdych
zajęciach oglądamy filmiki na youtubie, czasami jakiś dokument, większość
lekcji jest na bazie prezentacji powerpoinotwej i wszystko to mamy do wglądu w
naszej „aula virtual”, która mimo trochę przestarzałej szaty graficznej wcale
nie jest taka zła (jak usos). Brzmi może trochę jakby to były jakieś zajęcia
dla debili, którzy nie są przystosowani do życia studenckiego, robienia
notatek, i samodzielnej pracy, ale jakimś cudem to działa. Większość wykładowców
naprawdę się stara, żebyśmy cokolwiek zrozumieli, nie ma nauki na pamięć oderwanych
od rzeczywistości definicji, coś takiego jak „wykład” praktycznie tutaj nie
funkcjonuje, mimo że w programie jest podział na teorię i praktykę, zawsze
wymagają od nas jakiejś formy zaangażowania. Z drugiej strony nie jest tak do
końca „szkolnie”, bo żeby zrobić zadanie czy napisać pracę, to faktycznie
trzeba się trochę postarać (i nie mówię tego z perspektywy erasmusa, który musi
wysilić się, żeby napisać cokolwiek w miarę poprawnie w obcym języku :P), i z
tego co widzę, to naprawdę ci ludzie szukają, czytają, pytają, chce im się. Nie
to, żebym specjalnie narzekała na Uj, ale taka odmiana działa jak najbardziej pozytywnie.
Może znowu mi się zachce studiować? ;)
Koniec wzniosłych tematów, pora zejść na ziemię. Zepsuła mi
się karta do telefonu, i z tego też powodu nie mogę słuchać muzyczki. Na
szczęście odkryłam sewilskie radio latino, i z rana mnie budzą programem „despertadorrr”,
także poranki są trochę mniej bolesne. W metrze co prawda traci zasięg, ale za
to… Na przystankach są kolędy! Wszystkie te wesołe flamencowe pioseneczki,
wzruszające cichenoce i takie trochę
jazzujące ( jak z amerykańskich świątecznych filmów) adaptacje łajtkrismasów, i
innch dżinglbelsów. Jak zapuszczą „La virgen gitana” to obiecuję, że zacznę
tańczyć (tudzież, jak mawia Dziunia „tanczyć”).
A skoro już o tym mowa, to się chcę pożalić, że się zestarzałam
i zastałam. Wczoraj na imprezie, po kilku kawałkach, złapała mnie kolka i nie mogłam
się ruszyć. A po trzech piwach (normalnych, nie maleńkich hiszpańskich piweńkach
na 2 łyki), na drugi dzień bolała mnie głowa. Gdzie te czasy całonocnych
balang, po których miało się jeszcze ochotę na after, a następnego dnia mniej
lub bardziej dziarskim krokiem szło się na zajęcia? Albo i się nie szło, ale w
miarę normalnie się funkcjonowało… Starość, nie radość.
przydałby się przycisk "lubię to". bym kliknęła, bo mi się bardzo dobrze czyta, a niekoniecznie mam coś do powiedzenia ;)
OdpowiedzUsuńmówisz i masz :P można posta lubić, można bloga lubić, do wyboru - do koloru ;)
OdpowiedzUsuńja tylko chciałam nadmienić, iż tak samo mogłabym opisać zajęcia nasze tutejsze portugalskie. że ludzie się bardziej angażują. że zajęcia są o wiele bardziej praktyczne (=interesujące). i że egzaminy mnie np. nie przerażają, bo strasznie dużo mi zostało w głowie. oczywiście jakichś tam teorii się muszę pouczyć, ale jednak wszystkie mi się już w tym momencie z czymś kojarzą, bo pisaliśmy prace/robiliśmy ankiety/nagrania/blabla;)a nie jak u nas na ogół - w **** notatek, milion faktów, które jakoś nie chcą się ułożyć w żaden spójny system... ech, to tak ode mnie w ramach pisania "poważnego". w ramach mniej poważnego - kocham słodycze i wszelkie ich opisy, więc dzięki! by było na tyle :D // kiedy jesteś w PL Maryjka? :))
OdpowiedzUsuńto jest niesamowite, nie? :D tak sobie myślę, że nawet jakbym z marszu poszła to bym te egzaminy jakoś zdała. jutro mam kolejne spotkanie ze słodyczami, także wkrótce będzie coś nowego :) Haaa, zapowiada się, że za tydzień o tej porze już będę, a Ursusie Ty kiedy?
OdpowiedzUsuńjakże się zrobiło sewilsko i flamencowo! super, bo ten szkolny szablon tu nie pasował, przecież wszyscy wiedzieli, że nie przyjechałaś się tu uczyć! ;)
OdpowiedzUsuńprzejrzałaś mnie :P ale wiesz, kultura to część języka, więc sama rozumiesz, nawet w tym jest pewien pierwiastek naukowy :D
OdpowiedzUsuńa ja będę za 32 godziny;p więc nosi mnie już niesamowicie:D no to się mam nadzieję wszystkie zobaczymy, może jakoś po świętach? Bedziem w kontakcie, póki co udanych degustacji i żeby polvoronami obrodziło:D
OdpowiedzUsuń